Nędza
::: Cesarskie polowania na Łężczoku

Przez górnośląskie polowanie cesarz Wilhelm najadł się wielkiego wstydu. A wszystko za sprawą wścibskiego dziennikarza. Do zdarzenia doszło w Łężczoku, dzisiejszym rezerwacie leśno-stawowym.

Wstydliwy sekret kajzera

„Jest silny, zdrowy i byłby ładnym chłopcem, gdyby nie to nieszczęsne, biedne ramię – coraz bardziej widoczne, zniekształcające jego twarz, ruchy, postawę i chód. Ramię to czyni go niezgrabnym i wstydliwym – Wilhelm bowiem na każdym kroku potrzebuje pomocy i odczuwa swoją zależność od innych” - pisała w 1874 r. do swojej matki królowej angielskiej, księżniczka Wiktoria Koburg, żona Fryderyka Hohenzollerna, pruskiego następcy tronu. W 1859 r. z małżeństwa tego przyszedł na świat Fryderyk Wilhelm Albert Wiktor, od 1888 r. cesarz Niemiec - Wilhelm II, o którym mowa w tej korespondencji. Wielki łowczy Rzeszy, megaloman i ofiara dworskiej propagandy.

Ułomność Wilhelma, rzecz jasna, zbywano milczeniem na berlińskim dworze. Urzędnicy mieli zakaz komentowania tego faktu, a już - broń Boże! - ujawniania, iż monarcha potrzebuje pomocy w wielu codziennych sprawach. Fotografom wydano nakaz takiego kadrowania jego postaci, by porażone lewe ramie wyglądało możliwie jak najbardziej naturalnie. Kajzer był bowiem zapalonym myśliwym. Przechwalał się na lewo i prawo swoimi sukcesami podczas łowów, a nikt z jego nobliwego otoczenia, nie chcąc stracić względów w stolicy, nie pytał wprost: - jak to jest możliwe, by kaleki mężczyzna tak sprawnie posługiwał się bronią.

Nic zresztą dziwnego, skoro już cesarz Fryderyk pisał do Bismarcka, iż jego syn ma „skłonność do wyniosłego zachowania”, a dworskie komunikaty aż kipiały od niewiarygodnych wręcz myśliwskich osiągnięć Wilhelma. Propaganda konsekwentnie utrwalała jego wizerunek jako wielkiego łowczego. Ku uciesze monarchy, w każdym miejscu, gdzie spod jego ręki padł jakikolwiek rogacz, krajobrazy wzbogacano o drewniane pale lub nawet ogromne głazy z inskrypcjami upamiętniającymi te wyczyny. Ponoć nie oszczędzał nawet słabych sztuk, dziesiątkując niemiłosiernie pogłowia zwierzyny w rewirach zapraszających go książąt, baronów i hrabiów.

Górnośląskie wojaże cesarza

Cesarz nader często zaglądał na Górny Śląsk, gdzie dojeżdżał specjalnym składem kolejowym złożonym z czterech białych luksusowo wyposażonych wagonów. Odwiedził m.in.: Jankowice niedaleko Pszczyny (strzelał do żubrów), Świerklaniec, Rudy, Żyrową, Sławięcice i Strzelce Opolskie. Z tej ostatniej miejscowości pochodzi datowany na 1904 r. taki oto opis wielkiego łowczego: „Wilhelm II, z jedną ręką krótszą i nieruchomą, zwisającą jak proteza, z wąsami sterczącymi ku górze na kształt sztyletów, ubrany był w mundur cesarskiego gajowego, po którym spływała zielonkawa peleryna”. Ubitą na Górnym Śląsku zwierzynę (rogacze, zające, ptactwo łowne) liczono w setkach a nawet tysiącach sztuk. Jedną z wizyt u księcia von Ratibor w Rudach cesarz jednak na długo zapamiętał i to nie z racji kolejnych sukcesów.

Rezydujący stale w pocysterskim opactwie w Rudach książę Wiktor von Ratibor, monarchista i konserwatysta, cieszył się dobrymi koneksjami w Berlinie. Jego brat Klodwig był kanclerzem Niemiec, co otwierało drzwi na najważniejsze salony, gdzie zresztą Wiktor regularnie gościł, pielęgnując swoje kontakty i znajomości. Dowodem dobrych relacji z cesarzem było przyjęcie przez kajzera zaproszenia do odwiedzenia pałacu w Rudach. Nie mogło się, rzecz jasna, obyć bez polowania. Na strzelanie obrano Łężczok, pocysterskie stawy hodowlane w starorzeczu Odry pod Raciborzem. Przyjazd kajzera zapowiedziano na końcówkę listopada 1904 r.

Książęca administracja miała pełne ręce roboty. Największym problemem był brak wody w stawach. Zgodnie z regułami gospodarki rybackiej spuszczano ją jesienią. Obawiano się jednak, że kajzer nie będzie kontent brodząc w szlamie i wodząc lufą za ptactwem kryjącym się w gęstej trzcinie. Książę zdecydował więc, że stawy zostaną ponownie napełnione, co zresztą okupił awanturą z ich zarządcą, który tłumaczył, iż jest to kosztowny i mało rozsądny krok, grożący stratami w hodowli. Dla księcia liczyła się jednak satysfakcja kajzera, a ta dalej stała pod znakiem zapytania, bo na Łężczoku było zbyt mało bażantów. Kazano je więc odłowić w innych rewirach książęcego dominium, a część nawet dokupiono. Ostatecznie pod ostrzał Wilhelma wystawiono 3 tysiące ptaków.

Strzelanie było udane, bo cztery lata później, dokładnie 28 listopada 1910 r., cesarz ponownie zawitał na Łężczok, a książę jak zwykle stanął na głowie, by szacowny gość dał upust swojej chuci jak należy. Po kilkugodzinnej jatce rozpalono na grobli ognisko, przy którym cesarz i jego świta spoglądali na rozkład pokotu. Po tym jak naczelnik książęcego urzędu leśnego odczytał wyniki, najpierw cesarza a potem innych szlachetnie urodzonych myśliwych, całe towarzystwo wsiadło w automobile i odjechało na bal do Rud.

Puścił parę z gęby

Polowanie z 1910 r. nie wyróżniłoby się spośród innych łowów monarchy, gdyby nie pewien incydent. Wilhelm wiedział, że podążają za nim reporterzy, pozował do zdjęć, chętnie dzielił się wrażeniami ze strzelania, a jego urzędnicy dbali, by notatki zawierały wiarygodne dane o liczbie ustrzelonych rogaczy czy ptactwa. Wyniki z Łężczoka budziły zachwyt. Łowczych podzielono na trzy grupy. W pierwszej był książę Wiktor, jego dwóch synów i krewni. Ustrzelili raptem sto bażantów, co nie dziwi, bo jako gospodarzom nie wypadało więcej. Członkom cesarskiej świty zapisano na koncie 529 sztuk ptactwa. Więcej, bo ponad tysiąc dwieście bażantów, ustrzelili górnośląscy arystokraci. Najcelniej strzelał Henckel von Donnersmarck.

Największy triumf odniósł jednak Wilhelm II. W ciągu około pięciu godzin strzelania jego ofiarą padło 738 bażantów, trzy głuszce, po jednym zającu i sójce. Obliczono, że trafiał 2,5 razy na minutę. Musiał zużyć ponad tysiąc naboi, bo przecież nie wszystkie strzały były celne. Gdyby jeszcze trafił azjatyckiego bażanta złocistego, odstąpionego specjalnie na tą okazję przez barona von Reibnitza, wówczas sukces byłby pełny.

Jednakże krótko po wyjeździe monarchy z Rud, w czasopiśmie „Das Waidwerk in Wort und Bild” („Myślistwo w słowach i obrazach”), ukazała się relacja z polowań na Śląsku. Okazało się, że jej autor nie miał zamiaru wpisać się w ton dworskiej propagandy sukcesu. Ujawnił, iż podczas polowania w Łężczoku jeden z książęcych leśnych urzędników pochwalił się mu, że w Sławięcicach bażanty trzymano w koszach i jak tylko cesarz zajął stanowisko natychmiast je wypuszczono. Dzięki temu Wilhelm miał znacznie ułatwione zadanie.

Po publikacji wybuchł skandal, bo kajzer stał się obiektem kpin. Książę Wiktor popadł w niełaskę. Bezskutecznie szukał służącego, który rozmawiał bez upoważnienia z dziennikarzem. Zapowiedziano także, że na kolejne polowania fotoreporterzy nie będą zapraszani. Cóż z tego, skoro Wilhelm II omijał już rewiry Wiktora von Ratibor.

Grzegorz Wawoczny

 


WAW,23-10-2008
  :::  drukuj  :::  wyślij znajomemu  :::  
pigułka
pigułka
zapowiedzi
Klauzula informacyjna RODO - polityka prywatności.
Ta witryna internetowa wykorzystuje technologię plików cookie (tzw. "ciasteczek") w celu: administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług, w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). W tym przypadku, cookie przechowuje informację o unikalnym identyfikatorze sesji. "Ciasteczka" nie przechowują danych prywatnych dotyczących użytkownika, takich jak: imię, nazwisko, hasło, lokalizacja lub adres IP. Zamykając poniższe okienko, automatycznie wyrażasz zgodę na wysyłanie cookies do Twojej przeglądarki. Wtedy też, okienko z tą informacją nie będzie pojawiać się ponownie. Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies.
Przejdź do serwisu