Rudnik
::: Przeklęte miasto Lubom

Wszystko się zapadło, a z dumnego miasta pozostało jedynie rumowisko. Pokryło się ono z biegiem lat ziemią, zaroślami aż ślad po nim zaginął. Minęło kilka setek lat i na tym miejscu osiedlili się nowi ludzie, wznosząc osiedle zwane Łubowicami.

Z pewnością każdy z nas wysłuchał kiedyś opowieści o Atlantydzie, zaginionym lądzie pochłoniętym przez morskie głębiny. Któż jednak słyszał o zapadłym się pod ziemię mieście Lubom, nazywanym też Bucze, Budowice lub Miejsce. Sporo uwagi w swoim zbiórku Co szumi w zdroju legend. Legendy ziemi raciborskiej, poświęcił mu Jerzy Hyckel. Ponoć ludzie, którzy niegdyś je zamieszkiwali zajmowali się grabieżami. Zgromadzili tak ogromne skarby, że musieli pod swoim miastem kopać gęstą sieć tuneli, by wszystkie je ukryć. Chytrość i czynione niegodziwości zaprowadziły ich do grobu. Przeorana ziemia pod miastem w końcu nie wytrzymała naporu zabudowy i wszystko się zapadło. Rumowisko pochłonęło mieszkańców, ich domy i skarby. Dopiero kilkaset lat po katastrofie założono tu wieś Łubowice. Jej mieszkańcy wierzą, iż w każdą Noc Świętojańską słychać bijące pod ziemią dzwony, a co sto lat Lubom może się wydostać na powierzchnię. Oczom ludzi ukazują się wówczas wieże kościołów i pędzące wprost na nich rozżarzone beczki. Kto pozbędzie się strachu i nie zlęknie się beczki, wtedy Lubom zostanie wybawiony. Niestety nikomu do dziś się to nie udało. Wszyscy, którzy byli świadkami tego wydarzenia czmychali przed beczkami gdzie pieprz rośnie. Tak oto zaginione miasto nadal spoczywa głęboko w ziemi czekając na swojego wybawiciela.

Oddajmy głos Hycklowi: Starzy mieszkańcy tych okolic twierdzą, że pod powierzchnią Ligoty Książęcej i Łubowic znajduje się zapadnięte duże miasto Lubom (...), którego wieże kiedyś dumnie spoglądały na Nizinę Odrzańską. Mieszkańcy tego miasta byli przez swą pracę i pilność bardzo bogaci. Dostatek tak jednak uderzył im do głowy, iż następne pokolenia stały się gnuśne i leniwe. Gdy zaś po latach zaczęła im dokuczać bieda stali się rozbójnikami. Napadali na przepływające Odrą łodzie, plądrowali domy kupców i okolicznych mieszkańców. Zdobycze ponoć chowali w piwnicach, które ciągnęły się pod całym miastem. Kiedy piwnic już nie starczało, kopali nowe. Robili to tak długo, aż całe miasto zostało tak poryte, iż podłoże nie mogło unieść już stojących na nim ciężkich budowli, pałaców i wież. Wszystko się zapadło, a z dumnego miasta pozostało jedynie rumowisko. Pokryło się ono z biegiem lat ziemią, zaroślami aż ślad po nim zaginął. Minęło kilka setek lat i na tym miejscu osiedlili się nowi ludzie, wznosząc osiedle zwane Łubowicami. Podczas budowania natrafili na różne głębokie doły, sklepienia i wejścia do lochów tak głębokich, iż długim drągiem nie mogli dosięgnąć dna. Sami bali się do tych lochów wejść i spuścili tam psa. Pies ten już nie wrócił, przez trzy dni było słychać jego wycie. Widocznie wśród tych wielu ganków zgubił się i nie trafił z powrotem do wyjścia. Według wierzeń, co sto lat miasto Lubom podnosi się z ziemi, czekając na z swego wybawcę.

Łużycki gród

Wyobraźmy sobie wzgórze łubowickie sprzed 2900 lat. Jak na dłoni widać było wstęgę Odry. Od sąsiedznich wzgórz rozdzielały je małe dolinki. Miejscowa ludność nękana przez ciągłe najazdy ludów koczowniczych postanawia zbudować sobie twierdzę. Teren dzisiejszych Łubowic uznają za najlepszy do obrony. Na obszarze 30 ha wznoszą gród otoczony wałem drewniano-ziemnym. W VII w. p.n.e. wał ten miał już 2,5 km długości, szerokość podstawy wynosiła 12-13 metrów, a wysokość 9 metrów. Konstrukcję wieńczyła palisada dla obrońców. Tak ogromna budowla musiała budzić szacunek.

Z czasem stała się najważniejszym ośrodkiem w górnym biegu Odry. Przez Bramę Morawską przebiegały szlaki handlowe z południa Europy na północ, nad Bałtyk. Ludność grodu zajmowała się wytwórstwem i wymianą towarową, tworząc ważne centrum handlowe, gdzie obracano nawet bursztynem. Rozwijała swoją kulturę, dziś określaną jako łużycka. Społeczeństwo to było zorganizowane na wzór demokracji greckiej. Nie było władcy. Rządziła rada starszych. Rozwijał się kult ognia i Słońca. Ogień był bramą prowadzącą ze świata żywych do krainy duchów. Zmarłych palono więc na stosie. W grobach, obok urn z prochami, umieszczano misy z pożywieniem i rzeczami codziennego użytku. Z czasem na sąsiednim wzgórzu brzeźnickim ludność grodu urządziła cmentarzysko. Oddzielono świat zmarłych od żywych. Na urnach z prochami pojawiły się efektowne zdobienia, co świadczy o rozwiniętym poczuciu piękna.

Niestety w VI w. p.n.e. nadeszła katastrofa. Pod grodem pojawiły się niezliczone hordy wojowniczych Scytów. Ci koczownicy znad Morza Czarnego najeżdżali wówczas tereny Europy Środkowej docierając aż do Łużyc. Grabili i niszczyli wszystko, co napotkali na swojej drodze. Ludność zaś brali w niewolę. Wojownicy grodu jeszcze sto lat temu mogli im zapewn stawić skuteczniejszy opór. Posługiwali się przecież włóczniami z grotami z żelaza lub brązu. Używali łuku i procy. Mieli miecze i proce. Scytowie najechali jednak w najmniej odpowiednim momencie. W VII w. p.n.e. nastąpiły znaczne przemiany klimatyczne. Z powodu tzw. wahnięcia subatlantyckiego zapanował wilgotny i ciepły klimat. Pogorszyły się warunki dla rolnictwa. Ziemia nie była w stanie już wszystkich wyżywić. Osada pustoszała. Część ludzi zapewne wyemigrowała. Ci, którzy pozostali popadli w scytyjską niewolę lub rozpierzchli się po okolicach. Grodu nikt już nie odbudował. W ciągu kilkuset lat pokryła go ziemia.
Skąd dziś o tym wszystkim wiemy? Przekazywane przez ludzi legendy o zaginionym mieście Lubom na pewno odnoszą się od grodu zniszczonego przez Scytów w VI w. p.n.e. Co rusz przy wznoszeniu chałup i kopaniu piwnic natrafiano na jego relikty. Podczas budowania natrafili na różne głębokie doły, sklepienia i wejścia do lochów tak głębokich, iż długim drągiem nie mogli dosięgnąć dna. Sami bali się do tych lochów wejść i spuścili tam psa. Pies ten już nie wrócił, przez trzy dni było słychać jego wycie – pisze wspomniany Hyckel.

W latach 70. XIX w. Łubowice po raz pierwszy stały się terenem badań archeologicznych. Jako pierwszy łopatę wbił tu archeolog amator, niejaki oberleutnant Steckel, odkrywając obiekty z epoki brązu. W 1928 r., przed budową placówki żandarmerii niedaleko nowego cmentarza, Niemcy odkryli cmentarzysko ciałopalne z tego samego okresu. Po wojnie terenem zainteresowali się polscy archeolodzy. W 1955 r. pojawiła się tu ekipa z Uniwersytetu Jagiellońskiego z profesorem Markiem Gedlem na czele. Swoje badania w łubowickim parku prowadziła ona także w 1960 r. Ich zakres był jednak niewielki. Od 1970 r. do dziś pracami kieruje tu prof. Jan Chochorowski z Krakowa. Eksplorowano teren przy krawędzi żwirowni i na nowym cmentarzu ratując obiekty archeologiczne przed zniszczeniem. W kolejnych latach wykonano przekopy przez fortyfikacje, zbadano majdan grodu i cmentarzysko ciałopalne na wzgórzu w Brzeźnicy.

Oddajmy znów głos Hycklowi: Przy wiosce w Łubowicach znajduje się mały niesamowity las. Kto raz do niego wszedł, nie mógł już znaleźć drogi powrotnej. Tak różne i pogmatwane były w nim dróżki. Wokół niego wił się potok, a wokół potoku wznosiło się wzgórze. W głębinie tego ogromnego pagórka miała znajdować się zatopiona wioska, która nazywała się Budowice. Przez cały rok w lasku było spokojnie i cicho. Tylko w jeden dzień jesienią, słychać było tam hałas i ludzki śmiech. Mieszkańcy Łubowic mówili wówczas: - dzisiaj budowiczanie świętują swój kiermasz odpustowy. Jednego razu, akurat w tym dniu, pewien chłopak pasł przy lesie gęsi. Kiedy usłyszał spod ziemi hałas i chichotanie, odważnie zawołał: - hej budowiczanie, przynieście mi trochę waszego kołacza odpustowego. Nie trwało długo, kiedy podszedł do niego tajemniczy nieznajomy chłopiec, który niósł w ręce kawałek ciasta. Dał go pasterzowi i powiedział: - tu masz to, czego chciałeś, ale nie zapomnij o mnie, kiedy ty będziesz świętować w Łubowicach swój kiermasz. To powiedziawszy zniknął. Wkrótce po tym wydarzeniu odbył się w Łubowicach odpust. Wtedy przypomniał sobie pastuch o darze z Budowic. Kazał matce przygotować sobie duży kawał ciasta i zaniósł je na łąkę. Zaledwie położył je na ziemi, wyszedł budowiczański chłopak z lasu i wziął zawiniątko z kołaczem. Był to ten sam, który wcześniej spełnił życzenie pasterza gęsi.

Legendy a fakty

W Łubowicach legendy spotykają się więc z rzeczywistością, której tajemnic odkrywają archeolodzy. Jak tymczasem nie wieżyć w legendy, skoro Nowiny Raciborskie 13 kwietnia 1889 r. pisały: Na podwórzu dominialnem w Łubowicach w powiecie raciborskim powstała przedwczoraj nagle skutek zapadnięcia się ziemi dziura na 40 metrów głęboka i trzy do czterech metrów szeroka. Co nagłe do zapadnięcie się ziemi spowodować mogło, dotąd nie wiadomo. Ludzie mówią, iż w miejscu tem ma się znajdować głęboko ganek podziemny. O mało co nie zapadł się wraz z ziemią parobek, który właśnie na tem miejscu stał z parą wołów. Opisany przez gazetę fakt miał bez wątpienia miejsce. Pod dziedzińcem zamkowym istnieją podziemia. Łubowice stają się jednym z najciekawszych i najbardziej tajemniczych miejsc na ziemi raciborskiej.

Oddajmy więc jeszcze raz głos Jerzemu Hycklowi, który z literacką wprawą uchronił dla potomnych legendy o zapadniętym mieście: Razu pewnego grupa kosiarzy kosiła łąki za laskiem niedaleko Brzeźnicy. Kiedy dzwony łubowickiego kościoła zadzwoniły na Anioł Pański, mężczyźni udali się na obiad. Jeden, który miał ze sobą chleb pozostał. Był to młody, pobożny parobek, który na głos dzwonów odmówił modlitwę, a potem usiadł w cieniu spożywając swój chleb. Dookoła panowała cisza. Ogarnęło go błogie lenistwo i już miał się wygodnie wyciągnąć na trawie, kiedy przed nim stanęła piękna dziewczyna w długiej, białej sukni. Dziewczyna powiedziała: - jesteś porządnym człowiekiem i jedynie ty możesz nasze zapadnięte miasto wybawić. Kiedy miasto wynurzy się na powierzchnię ziemi, a z wież kościelnych zaczną rozbrzmiewać dzwony wtedy na ciebie potoczy się rozżarzona beczka. Nie bój się i nie uciekaj. Beczka nie zrobi ci krzywdy. Kiedy tę próbę zdasz, zostaniesz naszym wybawcą. Po tych słowach znikła. I rzeczywiście, tak jak rzekła, tak też się stało. Spod ziemi najpierw wyłoniły się wieże, potem dachy i całe domy. Ukazało się jego oczom jedno wielkie miasto. W zdziwieniu patrzył na to zdarzenie. Naraz dzwony zaczęły dzwonić. Nagle zza domów wyleciała duża beczka, cała rozżarzona i kierowana tajemną siłą zbliżała się do niego. Była coraz bliżej i bliżej, aż stała się większa od niego. Patrzył na nią z przestrachem i kiedy była już blisko niego ogarnęło go przerażenie i uciekł ile sił w nogach. Dopiero, kiedy był już w pobliżu swojej wioski zatrzymał się, odwrócił i zobaczył, że miasto powoli się zapada. Zniknęła także beczka i znowu nastała błoga cisza. Niestety, zapadnięte miasto musi czekać znowu następne sto lat na swojego wybawcę. Kiedy to będzie? Nikt nie wie.

Nie była to jedyna próba uratowania miasta. Niedaleko Łubowic na pagórku zwanym przez miejscowych Bucze stał niegdyś zamek i piękne miasto. Niestety mieszkańcy grodu byli bardzo źli. Najgorszy był pan, który mieszkał w zamku. Rabował i napadał na przejeżdżających kupców. Pewnego dnia wyprawił ucztę, jakiej jeszcze świat nie wiedział. Podczas zabawy jego kamraci przechwalali się szkodami, jakie wyrządzili i na kogo napadli. A wszystko to działo się w Noc Świętojańską. Nagle koło północy zaczęło grzmieć a błyskawice sypały się jedna za drugą. Zlękli się wszyscy w okolicy i zaczęli żałować swoich win. Niestety było już za późno na lamenty - miasto pomału zaczęło się zapadać pod ziemię. Uratować cierpiętników mogła jedynie dobra i sprawiedliwa dziewczyna. Wiele lat później ludzie zapomnieli o zapadniętym mieście i o tym, że w noc świętojańską pod Buczem dzwonią dzwony. Pewnego razu, a było to dzień przed świętojańską nocą, kiedy kosiarze siekli trawę, przyszła do nich piękna nieznajoma dziewczyna. Poprosiła ich, aby zsiekli trochę trawy dla jej kozy. Zrobili to z przyjemnością, bo dziewczyna bardzo im się spodobała. Kiedy uradowana dziewczyna zbierała zsieczoną trawę, nagle zerwał się wicher, zaczęło grzmieć i ni stąd, ni zowąd zaczęły się na nich turlać z górki ogniste beczki. Chłopcy co sił w nogach pobiegli do domów. Dziewczyna z workiem wypełnionym trawą też chciała uciekać. Jednak nie mogła go podnieść. Zahaczyła sznureczkiem o coś ostrego wystającego z ziemi. Nie wiedziała, że ciągnąc za sznureczek wyciąga na wierzch całe miasto. Już się pokazywały wieże zamków i kościołów, już było słychać odgłos dzwonów, kiedy zmęczona i zdenerwowana z niemocy zaklęła. I naraz wszystko ustało. W jednej chwili worek z trawą stał się lekki, grzmoty i wiatr ucichły. Miasto, które miało być przez nią wybawione znowu zapadło się pod ziemię. Teraz znowu musi długo czekać aż ktoś sprawiedliwy je wybawi – pisze Hyckel.

Grzegorz Wawoczny

 


WAW,04-08-2008
Galeria: zaginione miasto
obrazekobrazekobrazekobrazekobrazek
obrazekobrazek   
  :::  drukuj  :::  wyślij znajomemu  :::  
pigułka
pigułka
zapowiedzi
Portal www.goraciborz.pl wykorzystuje pliki cookies, czyli tzw "ciasteczka". W przypadku braku akceptacji korzystania z plików cookies prosimy o opuszczenie strony.
Zamknij