Racibórz
::: Przygoda w kryptach

Od wieków mnichów dominikańskich, a teraz współczesnych badaczy intrygują krypty w kościele św. Jakuba. Według kronikarzy, w dominikańskiej świątyni złożono ciała władców Górnego Śląska - księcia Mieszka Otyłego i jego brata Władysława. Temat ten wziął za kanwę swojego opowiadania Jan Popiel.

Konwent dominikanów w Raciborzu powstał w latach 1239-1246. W 1246 roku otrzymał on 200 grzywien srebra od księcia raciborskiego Mieszka Otyłego na budowę kościoła, w którym Mieszko chciał być pochowany oraz klasztoru. Z początkami konwentu tak naprawdę wiążę się jednak wiele nieścisłości. Jest prawie pewne, że istniał przed 1241 rokiem, być może już w 1239 roku. Nie wiadomo jednak dokładnie gdzie. Źródła podają, że w 1246 roku, po darowiźnie księcia Mieszka, rozpoczęła się budowa kościoła i klasztoru. Świadkiem przy spisywaniu testamentu Mieszka był przeor raciborskich dominikanów. To właśnie najważniejszy dowód na to, że konwent istniał przed 1246 roku.

Początek kolejnej budowy, wedle źródeł, datowany jest na rok 1258. Wówczas to kolejny książę opolsko-raciborski Władysław wyznacza teren pod klasztor, ale jednocześnie w tym samym roku biskup wrocławski Tomasz II konsekrował klasztorny kościół p.w. św. Jakuba. Trudno o jednoznaczne wnioski. Prawdopodobnie najpierw, po darowiźnie księcia Mieszka, dominikanie wybudowali lub tylko dokończyli budowę kościoła św. Jakuba, a później, za czasów księcia Władysława, dobudowali zabudowania klasztorne. Jako patroni kościoła, obok św. Jakuba, wymienieni: Najświętsza Maria Panna, św. Jan Ewangelista, św. Stanisław, św. Dominik i Wszyscy Święci.

W 1810 roku, po długiej bytności w nadodrzańskim grodzie, bracia musieli opuścić konwikt, bo król pruski zdecydował o sekularyzacji klasztorów. Przepędzono też raciborskie dominikanki i cystersów z pobliskich Rud. Klasztor został zburzony w latach 1823-1829. Niestety dziś prawie nic nie wiemy o jego wyglądzie. Pozostał tylko fragment krużganku klasztornego zaadaptowanego na zakrystię kościoła. Miejsce dominikanów, w ich klasztornych pomieszczeniach, na krótko zajęli ułani z II pułku. Później było tu też starostwo - żywo opowiadała, mimo wczesnej pory, archeolog Maria z raciborskiego Muzeum.

Była godzina 6.00 rano. Promyki słońca powoli rozjaśniały horyzont za budynkiem Urzędu Miasta. Zapowiadał się kolejny pogodny lipcowy dzień. Na targu zaczynał się ruch. Ziewający handlarz rozkładał ospale swój stragan z pieczywem i nabiałem. Obok siwa babinka kładła na ziemię kartonowe pudło a na nie: świeżutkie warzywa z przydomowego ogródka, wiązki suszonych kwiatów, kilka czekolad i buteleczki czeskiej Alpy. Obok stał stary, chyba poniemiecki, dziecięcy wózek. Wszyscy ją tu znają. Mieszka na Ostrogu. Zjeździła ponoć cały świat. Teraz walczy z nudą. Nie musi nic sprzedać, bo na życie wystarcza jej emerytura. Chce być tylko między ludźmi i z nimi rozmawiać. Mówią jej Haneczka.

Maria wraz z dwójką z dwójką studentów archeologii, miejscowym historykiem Mateuszem i miejskim konserwatorem zabytków Barbarą czekała na księdza proboszcza i wojewódzkiego konserwatora zabytków Karola Majewskiego. Anonimowa dla przechodniów piątka ludzi stała w milczeniu. Śledziła wzrokiem latające nad Rynkiem gołębie. Przyglądała się raciborzanom śpieszącym do pracy. Na ich twarzach widać było zniecierpliwienie. Wiedzieli, że ten dzień przejdzie do historii i będzie wyjątkowy. Emocjonujący jak żaden inny. Nawet jak ten, kiedy w czerwcu 1997 r., przed kościołem p.w. św. Jakuba, Maria natrafiła na średniowieczne cmentarzysko, na którym chowano zapewne pierwszych tutejszych ojców dominikanów a może i zamożnych dominikanów.

Kościół powstał ponoć na miejscu wczesnośredniowiecznej świątyni bogini Żywi - zapytała niepewnie Barbara.

To legenda. Niedawno powstała nowa. Odkopaliśmy tu szkielet karła. Nie wiemy czy był to zakonnik. Ten człowiek miał wątłą budowę ciała i dużą głowę. Po powodzi ludzie mówili, że ściągnął na miasto wielkie nieszczęście tak samo jak kopanie wokół Kolumny Maryjnej - odpowiedziała Maria.

Idzie proboszcz z gośćmi - przerwał jej nagle Mateusz.

Z proboszczem i konserwatorem Majewskim przyszedł też ksiądz konserwator z Opola opiekujący się zabytkami diecezji opolskiej. Jest zapalonym historykiem sztuki. Nie chciał opuścić takiego wydarzenia. Przypominało mu trochę otwarcie, w maju 1973 r. na Wawelu, grobu króla Kazimierza Jagiellończyka. W tamtym wydarzeniu uczestniczył obecny papież Jan Paweł II, wówczas kardynał Karol Wojtyła. Odbiło się ono głośnym echem po kraju, bo badacze grobu króla zmarli w niewyjaśnionych okolicznościach. Jagiellończyk sprowadził ponoć na nich klątwę.

Nie będzie tu chyba podobnych historii - pomyślał z przerażeniem ksiądz konserwator.

Jakby przeczuwając obawy duchownego Maria, tuż po przekroczeniu progu kościoła, nakazała wszystkim wyciągnąć maski na usta.

To chroni przed śmiertelnym Aspergillus flavus, śmiertelnym grzybem o nazwie Kropidlak złocisty. Nie możemy dać gwarancji, że go tu nie ma - oświadczyła stanowczo.

Gdy to powiedziała wszyscy chcieli mieć ten dzień jak najszybciej za sobą choć przez tyle miesięcy przygotowywali się do tego zejścia. Czytali stare zapiski. Analizowali źródła. Myśleli, jakie epokowe wydarzenie ich czeka. I kiedy cel był już w zasięgu ręki zaczęli się wahać. Czy można tak postępować? Czy zmarłym nie należy się spokój?

Jesteśmy już w tym miejscu - przerwał im ksiądz proboszcz.

W posadzce nawy bocznej, na której stał widoczna była kamienna płyta z zatartymi kartuszami herbowymi i XVII-wiecznymi inskrypcjami. Widać było, że jest niesamowicie ciężka. Nic dziwnego. Chroni przecież wejścia do starej krypty kryjącej szczątki zakonników, możnowładców raciborskich i te najcenniejsze, jak twierdzą historycy, czyli książąt raciborsko-opolskich Mieszka Otyłego i jego brata Władysława.

Godzi się w tym miejscu przybliżyć postacie obu książąt. Mieszko Otyły był najstarszym synem Kazimierza, księcia opolsko-raciborskiego i księżniczki bułgarskiej Wioli. Urodził się w 1220 r. Z mało pochlebnym przydomkiem “Crassus”, to znaczy Otyły lub Gruby figuruje już w XIII-wiecznej “Kronice polsko-śląskiej”. Po śmierci ojca, 13 maja 1230 r., książę wraz z bratem Władysławem przeszedł pod opiekę matki, a następnie pod kuratelę swojego stryja Henryka Brodatego, księcia wrocławskiego o aspiracjach do tronu krakowskiego. W latach 1234 i 1236 Mieszko był ze stryjem na wspólnych zjazdach w Czarnowąsach i Groszowicach koło Opola. Po śmierci Henryka w 1238 roku objął samodzielne rządy na Górnym Śląsku. 19 lutego 1239 roku wystawił swój pierwszy dokument.

Rządził w niespokojnych czasach. W końcu marca 1241 roku jeden oddziałów tatarskich zapuścił się pod Racibórz. Według relacji niejakiego Karola Gromanna, piszącego na początku XIX wieku, który być może miał w ręku zaginioną kronikę (korzystać miał z niej również dziejopisarz Jan Długosz), Mongołowie pojawili się pod Raciborzem tak niespodziewanie, że mieszkańcy ledwie zdążyli zamknąć bramy miejskie. Ofiarą koczowników padły jednak przedmieścia i okoliczne wsie. Potem Mongołowie przekroczyli Odrę zamierzając spustoszyć ziemie na jej lewym brzegu. Zostali jednak pokonani pod Raciborzem przez hufiec księcia Mieszka Otyłego. Jednak na wieść o nadciąganiu głównych sił tatarskich, Mieszko wycofał się i podążył ze swoim rycerstwem pod Legnicę do księcia śląskiego Henryka Pobożnego, syna wspomnianego już Henryka Brodatego.

9 kwietnia 1241 roku pod Legnicą doszło do decydującej bitwy Mongołów z wojskami dowodzonymi przez Henryka Pobożnego. Z początku szala zwycięstwa przechyliła się na stronę polską. Jednak na skutek nieporozumienia, wywołanego okrzykiem jednego z wrogów: “Byegaycze, bijegaycze”, który Mieszko Otyły odczytał jako zachętę do ucieczki, ciągnąc za sobą rycerstwo opolsko-raciborskie.

Mongołowie odzyskali utraconą inicjatywę w bitwie. Rycerstwo polskie doznało sromotnej klęski. Stąd pełne goryczy słowa “Gorze szą nam stalo”, które miał wypowiedzieć książę Henryk Pobożny przed swoją śmiercią, widząc wycofujący się z walki hufiec księcia raciborskiego Mieszka. W tym zawołaniu władcy śląskiego, historycy widzą najstarsze zdanie zapisane w języku polskim. Na karty średniowiecznego pergaminu wprowadzić je miał w połowie XIII wieku niejaki Wincenty z Kielczy, przeor raciborskiego konwentu dominikańskiego.

Mieszko Otyły powrócił do Raciborza na przełomie kwietnia i maja. 8 maja 1241 roku wystawił w naszym mieście dokument dla joannitów z Grobnik koło Głubczyc. Niewykluczone, że kierował jeszcze wówczas obroną południowych rubieży księstwa przed Mongołami, którzy w tym czasie ponownie pustoszyli okolice Raciborza. Dopiero po ustąpieniu najeźdźców Mieszko mógł rozpocząć odbudowę zniszczonego księstwa. Hojnie sypał przywilejami. Około 1242 roku wszedł w sojusz z księciem Konradem Mazowieckim, Przemysłem wielkopolskim i Kazimierzem kujawskim. Książę Mieszko był zresztą żonaty z córką Konrada, Judytą. Sprzymierzeńcy najechali zbrojnie ziemię małopolską, ale zostali pokonani, 25 maja 1243 roku, pod Suchodołem przez rycerstwo Bolesława Wstydliwego. Porażka nie zniechęciła jednak raciborskiego Piasta do czynnego popierania swojego teścia w staraniach o tron krakowski.

Mieszko Otyły ciężko chorował. Przypuszcza się, że miał puchlinę wodną. Historycy podejrzewają również, że podczas wyprawy na Kraków książę spadł z konia i ciężko się pokaleczył. Przeczuwając zbliżającą się śmierć, 29 października 1245 roku, kazał sporządzić testament. Wydany w Koźlu akt wyraźnie precyzował kwestię następstwa tronu opolsko-raciborskiego, który miał przypaść młodszemu bratu Mieszka, Władysławowi. Matka Wiola otrzymała jako osobiste, dożywotnie uposażenie grody w Raciborzu i Cieszynie. Pergamin wzmiankuje ponadto raciborskich dominikanów, którym hojny władca przyznał 200 grzywien czystego srebra oraz Krzyżaków, którym przeznaczono 100 grzywien czystego srebra lub stosowny ekwiwalent. Z tymi ostatnimi łączyły księcia Mieszka jakieś stosunki prawdopodobnie przez swojego teścia Konrada mazowieckiego, autora planu sprowadzenia, w 1226 r., rycerzy zakonu niemieckiego przy szpitalu Najświętszej Marii Panny w Jerozolimie do ziemi chełmińskiej.

Mieszko zmarł bezpotomnie 18 lub 22 października 1246 r. Za owe 200 grzywien dominikanie prawdopodobnie rozbudowali w Raciborzu swój klasztor, istniejący zapewne już w 1238 r. W przyklasztornym kościele p.w. św. Jakuba złożyli doczesne szczątki swojego dobrodzieja bądź też przenieśli je tu, po dokończeniu budowy świątyni, z pierwotnego aczkolwiek nieznanego miejsca pochówku.

Brat Mieszka, Władysława urodził się około 1225 roku. Po śmierci ojca księcia opolsko-raciborskiego Kazimierza, małoletni Piast przeszedł pod opiekę matki, a następnie kuratelę stryja Henryka Brodatego. Za sprawą tego ostatniego, wspólnie z matką, przejął władzę na Kaliszem i Rudą koło Wielunia. Starszy brat Mieszko Otyły zaczął w tym czasie rządzić w księstwie opolsko-raciborskim. W 1241 r., jak informuje Kronika wielkopolska, Władysław próbował bezskutecznie powstrzymać Mongołów pod Opolem wraz z księciem Bolesławem Wstydliwym. W niewyjaśnionych do końca okolicznościach, w 1244 roku. rycerstwo wielkopolskie odebrało księciu z Raciborza gród w Kaliszu. W tym samym roku Władysław, wspólnie z władcą śląskim Bolesławem Rogatką, pojawił się na wiecu pod Wrocławiem, na którym szukał pomocy przeciwko Wielkopolanom.

Po śmierci starszego brata, w 1246 r., Władysław objął władzę nad księstwem opolsko-raciborskim. I od razu sporym ciosem dla młodego władcy były podjęte w 1249 r. dwie wyprawy: księcia wielkopolskiego Przemysła na Rudę i biskupa ołomunieckiego Brunona z Schauenburga na Racibórz. Obie zakończyły się zdobyciem obydwu miejscowości. Sprawa wygląda dziś na zaplanowaną uprzednio akcję obu najeźdźców. Władysław zmuszony był wykupić Racibórz z rąk wojowniczego biskupa za 3 tysiące grzywien. Na owe czasy była to kwota olbrzymia. Rudy już niestety nie odzyskał. Okazję do zemsty dał księciu wspólny najazd z Bolesławem Wstydliwym i kniaziami ruskimi Danielem i Lwem na pobliską ziemię opawską. Działo się to w lipcu i sierpniu 1253 roku. Opisujący tą wyprawę Latopis halicko-wołyński informuje jednak, że napastnikom nie udało się zdobyć ani Opawy ani Głubczyc, a jedynie malutki gród w Nasiedlu. Winą za taki stan rzeczy kronikarz ruski obarczył księcia Władysława, który podobno nie dostarczył dostatecznej ilości drewna do budowy machin oblężniczych. Po zniszczeniu okolicznych wsi i schwytaniu wielkiej ilości jeńców, najeźdźcy wycofali się z Opawszczyzny na terytorium księstwa opolsko-raciborskiego. W późniejszych latach Władysław pogodził się ze swym południowym sąsiadem. Zawarty został układ pokojowy, na mocy którego ustalono wspólną granicę na linii: Lipowa koło Nysy - Bogumin - rzeka Ostrawica.

12 lipca 1260 roku widzimy księcia w gronie sojuszników władcy Czech podczas zwycięskiej bitwy z Węgrami, Rusinami i Mongołami pod Kroissenbrunn (obecnie Austria). Nie ma już pewności co do tego, czy Władysław był obecny przy koronacji Przemysła II Otokara w 1261 roku oraz czy brał udział w wyprawie króla Czech na Bawarię w 1266 roku. Na pochodzącej z lipca 1271 roku obszernej liście wszystkich sprzymierzeńców Przemysła II Otokara brakuje księcia opolsko-raciborskiego Władysława.

Tymczasem wpływy władcy opolsko-raciborskiego, opierającego się zapewne rosnącej potędze Czech, zaczęły sięgać ziem polskich. W 1273 roku rycerstwo małopolskie ofiarowało mu nawet tron krakowski. Chciało w ten sposób usunąć księcia Bolesława Wstydliwego. Wstydliwy podjął walkę ze swoją opozycją. Pomimo jej rozbicia i podjęcia grabieżczej wyprawy aż po Opole, Koźle i Racibórz, zmuszony był jednak zrezygnować z zachodnich skrawków Małopolski. Granica księstwa opolsko-raciborskiego przesunęła się dzięki temu, w 1274 roku, aż pod Tyniec.

Siłą rzeczy, autorytet księcia Władysława był wówczas znaczny. Ponownej poprawie uległy jego stosunki z królem Czech Przemysłem II Otokarem. W 1277 roku uproszony został przez niego aby stanąć jako arbiter w sporze pomiędzy książętami śląskimi Bolesławem Rogatką a Henrykiem IV Probusem. Władysław miał również wziąć udział, w sierpniu 1278 roku, w rozstrzygającej o losach spadku po austriackich Babenbergach bitwie pod Dürnkrut, zakończonej jednak druzgocącą klęską i śmiercią Przemysła II Otokara.

Książę dbał o rozwój swojego księstwa. 14 kwietnia 1258 roku podjął się fundacji klasztoru i kościoła dominikańskiego pod wezwaniem św. Jakuba w Raciborzu. 21 października 1258 roku wystawił dokument, w którym nawiązując do działań swojego ojca Kazimierza, oficjalnie zatwierdził funkcjonowanie nad rzeką Rudą, opactwa cystersów. Szczególny względami Władysław darzył Racibórz. Na mocy książęcego przywileju wystawionego w 1267 roku, własnością jego mieszkańców stało się pastwisko nad rzeką Odrą. Miasto otrzymało również zezwolenie na wyrąb drzewa w lasach książęcych za niską opłatą. 21 marca 1280 roku życzliwy władca, odwdzięczając się raciborzanom za ofiarną obronę miasta w czasie napadu opawian, zrezygnował ze wspomnianej opłaty, co umożliwiło mieszczanom darmowy wyrąb drzewa w dowolnej niemal ilości. Z wystawionych dokumentów wynika też, że książę najczęściej przebywał właśnie w Raciborzu.

Z poślubioną w 1251 roku księżniczką wielkopolską Eufemią, Władysław miał czterech synów: Mieszka, Kazimierza, Bolesława i Przemysła oraz nieznaną z imienia córkę. Tą ostatnią wydał za księcia śląskiego Henryka IV Probusa, obiecując wspomagać zięcia w staraniach o Kraków i koronę polską. Dobry władca zmarł 27 sierpnia lub 13 września 1281 lub 1282 roku. Pochowany został, prawdopodobnie tak samo jak jego brat Mieszko Otyły, w kościele dominikańskim pod wezwaniem św. Jakuba.

Potwierdzenie istnienia grobów tych dwóch książąt w kościele św. Ducha byłoby cenną wiadomością dla historyków. Tak samo jak odkrycie, we wrześniu 1998 roku w katedrze Świętego Krzyża w Opolu, szczątek ostatniego piastowskiego księcia Opola i Raciborza, Jana III Dobrego (1476-1532).

Wiedzieli o tym wszyscy, którzy z niecierpliwością oczekiwali na wejście do krypty w kościele św. Jakuba w Raciborzu. Tak samo jak kiedyś raciborscy dominikanie, którzy bodajże w XVII w. szukali książęcych pochówków. Przeor i zaufany zakonnik weszli wówczas do krypty. Niestety nie wiadomo, czy pochówki odnaleźli.

- Proszę ostrożnie podnieść płytę - rozkazał dwóm robotnikom proboszcz. W tym czasie nikt postronny nie mógł wejść do kościoła. Zamknięto drzwi frontowe i jeszcze jako dodatkowe zabezpieczenie kraty przed nawą główną. Wszystko odbywało się w konspiracji, głębokiej tajemnicy przed światem zewnętrznym. Otwarcia kościelnych krypt dokonuje się bowiem bardzo rzadko. Dziś już nie grzebie się w nich zmarłych, a spokoju tych, którzy już tam spoczywają nie wolno z byle powodu naruszać. Ostatnio w 1993 roku grupa archeologów i konserwatorów przeprowadziła inwentaryzację krypt: książęcej i zakonnej w pocysterskim kościele w Rudach.

Mieszko był w 1241 r. na polu legnickim, na którym Tatarzy pokonali nasze wojska mordując poczciwego księcia Henryka Pobożnego. Uczestniczył w wielkim historycznym wydarzeniu - Mateusz, gdy robotnicy mocowali się z płytą, przypominał najważniejsze fakty z życiorysu dawnego władcy Raciborza.

- Dominikanie musieli go tu pochować. Tuż przed swoją śmiercią w 1246 r. zapisał im przecież dość dużą kwotę, bo 200 grzywien srebra. Chciał biedak osiągnąć łaskę w Panu. Rządził w nieciekawych czasach. Najazd Mongołów, bieda ludności i ten pechowy upadek z konia podczas wizyty w Krakowie. Musiał się książę mocno pokaleczyć skoro kilka tygodni później zmarł - dodał.

Robotnicy tymczasem nadal bezskutecznie próbowali choćby tylko poruszyć płytę. Dokładnie przylegała do bocznych ścianek. Nie ruszyła się ani na milimetr.

Widać, że od dawien dawna nikt tu nie wchodził - odezwał się ksiądz proboszcz.

- Ciekawe czy był tam ojciec Wincenty z Kielczy, przeor raciborskich dominikanów, autor hymnu “Gaude Mater Polonia” i kroniki, z której korzystał Jan Długosz - Mateusz próbował zająć czas towarzystwu.

- Na pewno nie, bo kiedy grzebano tu księcia Mieszka a potem Władysława, na pewno go w klasztorze raciborskim nie było. W tym konwencie, co warto wspomnieć, prawdopodobnie napisano najstarsze polskie zdanie “Gorze szo nam stalo”. Wincenty usłyszał je od niejakiego Jana Iwanowica, uczestnika bitwy pod Legnicą i świadka śmierci księcia Henryka. Wpisał je w 1241 r. do swojej kroniki, która niestety zaginęła. Tą kronikę miał w ręku Jan Długosz i być może Karol Gromann. To mityczne prawie działo jest dziś obiektem pożądania wielu historyków. Niestety badacze dziejów muszą się obejść ze smakiem. Zaginiona kronika nigdy już się chyba nie odnajdzie - dodała Maria.

Rozmowa trwałaby pewnie dalej, gdyby nie nagłe drgnięcie kamiennej płyty. Zebranym przed zejściem do krypty zaczęło szybciej bić serce. Robotnicy - przy pomocy krótkich haków - powoli podnosili ten ciężki kawał kamienia. Powoli też zaczął się ukazywać mrok kościelnych podziemi. Bił z nich przenikający chłód i złowroga cisza. Po kilku minutach robotnicy ostrożnie odłożyli płytę na bok. Jeden z nich bez wahania nachylił się na czarną dziurą, włożył w złowrogą otchłań latarkę i po chwili oświadczył stanowczo: - droga wolna.

Kto pójdzie pierwszy? Całe towarzystwo stało chwilę w bezruchu. Wszyscy mieli świadomość, że schodzą do małego podziemnego cmentarza. A nekropolia, tym bardziej średniowieczna, zawsze budzi respekt. My śmiertelnicy jesteśmy tu gośćmi. Czy pożądanymi? Czy nie zgubi nas wrodzona człowiekowi wścibskość. Niepewność przerwał ksiądz proboszcz. Zdecydował, że przodem pójdą robotnicy. Tuż za nimi archeolog Maria. Później reszta.

Do podziemi wiodły wąskie, kamienne schody. Wszędzie było sucho i dużo kurzu, który pod stopami wzbijał się w górę niczym pył księżycowy. Żadnego śladu żywych istot, choćby tylko małej myszy. Za to wszędzie ciemność i ta tajemnicza cisza. Pierwszy robotnik ostrożnie pokonywał każdy schodek. Po chwili sięgnął wreszcie brukowanej kamieniami posadzki. Smuga latarki szybko powędrowała w czeluść. Okazało się, że niewysokie pomieszczenie, w którym się znajdował, ma około cztery metry kwadratowe powierzchni.

- Wszyscy na pewno się tu nie zmieszczą - przekazał oczekującym na górze.

Brunatno-czarne ściany przedsionku krypty zostały zbudowane z gotyckiej cegły, tak zwanej palcówki. Nie było na nich nic, co mogłoby wzbudzić zainteresowanie. Żadnego znaku od budowniczych.

Nagle latarka natrafiła na duży otwór w ścianie. Widać było, że jest to wejście do korytarza. Otwór miał jednak tylko metr wysokości i pół metra szerokości. Za nim, na szczęście, znajdował się dużo wyższy i szerszy długi korytarz.

Po dokładnym spenetrowaniu pierwszego pomieszczenia przekonano się, że jest puste, tak jak przedsionki w grobowcach egipskich królów i faraonów. Wszystko pewnie po to, by zmylić rabusiów i profanów naruszających spokój dusz. Na ziemi znajdowało się tylko kilka ułożonych bezładnie glinianych miseczek.

Dominikanie schodzili tu niezwykle rzadko. Kryptę otwierano tylko przy okazji pochówków i w listopadowe Święto Zmarłych. Zapalano tu wtedy znicze, które po zamknięciu wejścia kamienną płytą gasły po chwili spalając przedtem resztki tlenu. Miseczki, wypełnione czymś co przypominało wosk, to chyba stare znicze.

Po chwili pierwszy robotnik sygnalizował, że jest już w korytarzu.

- Pójdziemy w kierunku prezbiterium i ołtarza - oznajmiła Maria.

Korytarz miał około piętnastu metrów długości. Sprawiał wrażenie uporządkowanego. W bocznych, bielonych niegdyś ścianach znajdowały się nisze. W nich gliniane, brązowo-szare urny z nieczytelnymi inskrypcjami, kryjące szczątki zakonników, które wrzucono tu po tym jak rozpadły się trumny a szczątki leżały już w bezładzie.

Nie wszyscy zresztą mogli tu spocząć. Tylko przeor i bardziej znamienici bracia. Na pewno możnowładcy i dobroczyńcy konwentu. Reszta musiała się zadowolić miejscem na zwykłym cmentarzu. Wybrańcom świątynia, jako wieczny Dom Boży, gwarantowała, że ich szczątki nigdy nie zostaną sprofanowane.

Książęcych grobów jednak nie znaleziono. Ciekawskich badaczy zaczęło ogarniać zwątpienie. Na razie znajdywali tylko pochówki zakonników. Książęca krypta musiała zaś stanowić odrębne pomieszczenie. Ale gdzie go szukać?

Maria zdecydowała, że trzeba dojść do końca korytarza. I okazało się, że warto. W pewnym momencie korytarz odsłaniał kolejną, tym razem większą wnękę a właściwe małe pomieszczenie. Na ziemi stało tu sześć przylegających do siebie drewnianych trumien. Były w fatalnym stanie. Wydawało się, że lekki podmuch wiatru wystarczy, by rozleciały się w proch.

- Sądząc po wielkości, należą do dorosłych osób - oświadczyła Maria.

Robotnicy z wielkim pietyzmem odkurzyli zaśniedziałe tabliczki na spróchniałych mocno deskach. Dwie z nich to małe tarcze herbowe. Złoty piastowski orzeł na niebieskim tle dumnie spoglądał na odkrywców. W świetle latarek na dwóch innych tabliczkach ukazały się napisy. Na największej trumnie łacińska inskrypcja głosiła: “Mieszko książę opolsko-raciborski † 1246”. Na sąsiedniej “Władysław książę opolsko-raciborski † 1282”.

To wielkie wydarzenie. Możemy już mówić, że podominikański kościół to książęca nekropolia - oświadczyła Barbara, nie kryjąc swojego wzruszenia.

Już następnego dnia po zejściu do krypty dwie drewniane trumny wydobyto na powierzchnię. Po otwarciu okazało się, że zawierają dwa zachowane w całości szkielety przysypane wapnem gaszonym. Kształt miednicy i grubość kości księcia Mieszka wskazywały, że jego przydomek Otyły nie był wcale przypadkowy. Lekarze specjaliści, po przewiezieniu szczątek do katedry antropologii Instytutu Zoologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, ułożyli kości w porządku anatomicznym, oczyścili w propanolu i poddali naturalnemu suszeniu. Później oglądali je ortopedzi i antropolodzy.

Jesienią, również w wielkiej tajemnicy, książęta powrócili do Raciborza, który tak sobie upodobali, że to tu, a nie w Opolu rezydowały ich dwory. Po złożeniu ich szczątek w miedzianych trumnach zostali ponownie, z należnymi honorami i liturgią, pochowani w krypcie kościoła p.w. św. Jakuba. Nie wiadomo tylko, kto poprzednio złożył prochy książąt obok siebie. Czy byli to raciborscy dominikanie, wdzięczni swym dobrodziejom?

Być może kiedyś w świątyni wmurowana zostanie tablica pamiątkowa ku czci dwóch wielkich raciborskich Piastów, dobroczyńców Kościoła.

Jan Popiel


WAW,22-11-2008
  :::  drukuj  :::  wyślij znajomemu  :::  
pigułka
pigułka
zapowiedzi
Portal www.goraciborz.pl wykorzystuje pliki cookies, czyli tzw "ciasteczka". W przypadku braku akceptacji korzystania z plików cookies prosimy o opuszczenie strony.
Zamknij