Powiat
::: Zaginione cmentarzysko

Bracia Marek i Faustyn zeszli do piwnic budynku klasztornego. Było tu strasznie zimno. Nic dziwnego. Był listopad 1810 roku. Pojawiały się już pierwsze, nocne przymrozki. W raciborskim klasztorze franciszkanów panowała złowroga cisza. Bracia zamknięci w swych celach studiowali Biblię i pisma ojców Kościoła.

- Gwardian Marcin nie ma chyba sumienia żeby w nocy kazać nam pracować w tej mrocznej piwnicy. Trochę się lękam. Czuję obecność duchów naszych braci - powiedział brat Marek.

- Nie martwych się lękaj, tylko żywych. Te pruskie czarty jedną decyzją zniszczą dzieło naszego konwentu. Gwardian Marcin ma rację. Trzeba po wszech czasy zapewnić spokój naszym braciom spoczywającym tu w Bogu. Zresztą widziałeś dzisiaj wieczorem, że był u niego jakiś dominikanin z klasztoru św. Jakuba. Ojciec Marcin wyszedł po tym spotkaniu bardzo zasmucony. Powiedział, że krypta musi być dziś zamurowana - odpowiedział Faustyn.

Obaj byli najmłodszymi zakonnikami w klasztorze franciszkanów na Bronkach, jak nazywano kiedyś obszar od murów miejskich przy obecnej ul. Gimnazjalnej do końca ul. Londzina. Bronki były też zwane Wielkim Przedmieściem. Były podzielone na trzy części: miejską, zamkową i klasztorną. W tej pierwszej były folwarki mieszczańskie i karczma “Pod rakiem”. Zamkowi podlegały zagrody i pastwiska nad Odrą. Swój folwark z osiedlem zagrodników i chałupników mieli tu również dominikanie.

Minęło zaledwie trzy lata od złożenia przez Marka i Faustyna ślubów zakonnych. Obaj mocno przeżyli tą chwilę. Śluby składali przed prowincjałem. Powołanie do życia zakonnego było w nich bardzo mocne. Od młodych lat fascynował ich święty Franciszek z Asyżu. Wstąpili więc do klasztorów minorytów, jak nazywano franciszkanów.

Pochodzili z Bosacza, dzielnicy bosaków na Ostrogu. Franciszkanie mieli tu kiedyś swój klasztor. Niestety spalił się 23 lipca 1519 roku. Bracia nigdy go już nie odbudowali. Janek i Tomasz, takie imiona nosili niegdyś bracia Marek i Faustyn, za wszelką cenę chcieli żyć tak jak założyciel ich zgromadzenia. Reguła reformatów bardzo im odpowiadała. Nie przerażało ich to, że wyrażany przez nich kierunek obserwancki niezbyt podoba się papieżowi. Najważniejszy był powrót do pierwotnej reguły, do pokory i ubóstwa. Klasztor na Bronkach był im najbliższy. Chcieli być blisko rodzinnych domów. Nie pojechali więc do minoryckich klasztorów w Opawie czy Głubczycach.
30 października 1810 roku rząd pruski podjął decyzję o sekularyzacji śląskich klasztorów. Na domy zakonne padł blady strach. Prusacy po klęskach z Francją Napoleona potrzebowali na gwałt pieniędzy. Dla franciszkanów, dominikanów i dominikanek z Raciborza oraz cystersów z Rud oznaczało to kres działalności. Prześwietne domy zakonne, które tak wiele uczyniły dobrego dla rozwoju ziemi raciborskiej miały teraz dokończy żywota.

Nic już nie mogło cofnąć decyzji pruskiego rządu. Prusacy byli zresztą protestantami. Nie żywili zbytniej sympatii do zakonów. W wojnie z Napoleonem niezbyt im się wiodło. Potrzebowali pieniędzy na spłatę kontrybucji. Doszli więc do wniosku, że najłatwiej sięgnąć do klasztornych skarbców.

Zakonnicy i zakonnice ratowali więc wszystko, co się dało. Cystersi z Rud wywozili swe kosztowności i cenne księgi do klasztorów w Austrii. Dominikanie i dominikanki przekazali wszystko do Krakowa. Tam, w austriackiej Galicji, klasztorom dominikańskim nic nie groziło. Franciszkanie nie mieli co wywozić. Trwali w ubóstwie. Przeżyć pozwala im jałmużna. Najcenniejszy dla nich był spokój zmarłych współbraci.

Przez ponad 100 lat istnienia konwentu na Bronkach, kilkudziesięciu zakonników w ciemnobrązowych habitach spoczęło w podziemiach przyklasztornego kościoła pod wezwaniem świętego Wacława i Aniołów Stróżów. Nie chowano ich w trumnach. W swych codziennych szatach, ze skrzyżowanymi na piersiach dłońmi spoczywali po wszech czasy na piasku.

Klasztorna krypta przypominała katakumby. Takie same, jak te w XIII-wiecznym kościele przy klasztorze franciszkanów w Krakowie. Tam ciała zakonników, wskutek specyficznego mikroklimatu, uległy mumifikacji. W krypcie kościoła na Bronkach podobnie. Nie było tu jednak tylu zwłok, co w Krakowie. Bracia utrzymywali zresztą w tajemnicy, że praktykują takie pochówki. Zabraniały tego pruskie przepisy sanitarne. Najważniejsza była jednak wierność pierwotnej regule. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Doczesne szczątki zakonników wyrażały marność tego świata. Liche klasztorne szaty. Bose stopy. Ogromny różaniec u boku. Po latach zapadnięte oczodoły i policzki. W istocie człowiek jest istotą niewiele znaczącą.

Gwardian Marcin chciał za wszelką cenę uratować klasztorną kryptę. Podejrzewał, że klasztor i kościół św. Wacława i Aniołów Stróżów zostaną zburzone. Spokój braci musiał być zachowany.

Faustyn i Marek, choć trzęśli się z zimna, przygotowywali murarską zaprawę. Obok wielkiej metalowej misy stał stos cegieł. Wejście do krypty wiodące z prezbiterium kościoła zostało już zamurowane. Teraz trzeba było zrobić to samo w podziemiach klasztoru. Dwaj braciszkowie pracowali w półmroku. Zbliżała się północ.

Dokładnie o północy w przedsionku piwnicy rozbłysło światło kilkunastu świec. Zabrzmiały żałobne chorały zakonne: Christus factus est pro nobis i Domini Nostrum Jesu Christi secundum Joannem. Faustyn i Marek stali zdumieni. W ich kierunku ciągnął niezwykły kondukt. Ze spuszczonymi głowami nakrytymi kapturami szli starsi bracia. Nieśli ogromne świece. Na przedzie kroczył gwardian Marcin.

Kondukt przeszedł obok oniemiałych młodych zakonników. Wszedł do krypty. Po chwili światło przygasło. Bracia znaleźli się za załomem korytarza prowadzącego do najstarszych klasztornych pochówków. Faustyn i Marek nabrali powietrza. Popatrzyli krótko na siebie i pobiegli za starszymi braćmi.

Ceremonia okazała się niezwykle krótka. Kondukt przeszedł obok zmumifikowanych ciał. Każdy z zakonników pokłonił się zmarłym. Jedynie gwardian Marcin stał przy ciałach i spoglądał spod kaptura na kroczących już teraz w milczeniu franciszkanów. Na samym końcu przeszli przed nim Faustyn i Marek. Nie mieli świec. Ta od gwardiana dawała tylko wątłe światło. Widzieli jednak głęboki żal w oczach wielebnego Marcina. Żegnał się z minorytami, którzy zmarli w raciborskim klasztorze.

Po chwili krypta opustoszała. Faustyn i Marek znów zostali sami. Stali przed wejściem do tej podziemnej nekropolii i nie wiedzieli co robić. Trzęśli się z zimna. Rozterek oszczędził im brat Kapistran. Wszedł po cichu do podziemi klasztoru, rozejrzał się wokoło i dalej ze spuszczoną głową podążył w kierunku dwóch młodych zakonników.

- Możecie brać się do roboty. Tylko przyłóżcie się do niej. Ta ściana, to będą wrota do spokoju i ciszy. Nie chcemy, by ktokolwiek i kiedykolwiek tu wchodził - oznajmił krótko.

Braciszkowie zabrali się do roboty. Kładli cegłę na cegle nie szczędząc zaprawy, która je spajała. Tuż przed godziną 4.00 rano stał przed nimi czerwony mur. Do godz. 5.00 zdążyli otynkować ścianę. Do zaprawy nasypali sadzy. Nowa ściana była dzięki temu tak samo szara, jak pozostałe. Za kilka miesięcy trudno będzie ją odróżnić.

Oboje czuli zmęczenie. Mimo że pracowali całą noc musieli jednak biec do kościoła na poranną mszę. Na dworze czerń powoli ustępowała na niebie miejsca szarości. Bracia siedzieli już na swoich miejscach w stallach prezbiterium. Przed ołtarzem stał gwardian Marcin. Marka i Faustyna zdziwił jego czarny ornat. Zaczynała się liturgia. Trwała ponad godzinę. Dało się odczuć jej szczególny charakter. Faustyn i Marek odnieśli wrażenie, że są na egzekwiach. Na koniec, gdy bracia odśpiewali hymn: In exitu Israel de Aegypto (Kiedy z Egiptu Izrael wychodził, Ps. 114), nastrój jeszcze bardziej się pogorszył. Tylko twarz świętego Franciszka w rzeźbionej postaci ustawionej na bocznym ołtarzu św. Klary wyrażał spokój.

Gdy w przyklasztornym kościele brzmiał jeszcze nabożny śpiew franciszkanów, w refektarzu czyli sali jadalnej klasztoru bezszelestnie, jak nigdy dotąd, brat Kapistran pokrywał stół czarnym, aksamitnym suknem. Wśród sześciu ledwie jarzących się świec ustawiono ogromny, ciężki metalowy krzyż. Po chwili, zwołani głosem dzwonka, zjawili się tu pozostali bracia. Widząc czarne sukno opanowało ich niezwykłe przerażenie. Uspokoili się dopiero, gdy wszedł gwardian Marcin. Na jego twarzy malował się uśmiech. Nie wyrażał jednak radości. Raczej żal, ale podparty niezwykłym wprost opanowaniem.

Gdy bracia stali tak w milczeniu, zjawił się pruski komisarz królewski Korn. Nakazał gwardianowi ściągnąć czarny ornat. Marcin nie wykonał jednak polecenia. Korn nie nalegał. Jego sekretarz odczytał mnichom naprędce edykt o sekularyzacji po czym zażądał wydania pieczęci oraz kluczy do archiwum i skarbca, w którym trzymano naczynia liturgiczne. Zakonników zmuszono do złożenia podpisu pod królewskim obwieszczeniem.

Faustyn i Marek stali za drzwiami. Ukradkiem spozierali w głąb kapitularza. Byli początkowo zdziwieni, że na stole brakuje porannego posiłku. Po chwili pojęli jednak, że klasztor na Bronkach przestał istnieć.

(…)

- Stary Schmidt mówił mi kiedyś, że nocą tu straszy. Sam jednak się tym zbytnio nie przejmował. Chodził po budynku i piwnicach ze swoim wiernym psem. Twierdził, że żywych trzeba się bać a nie umarłych. A ze zmarłymi braciszkami miał się dogadać; on będzie pilnował, by nikt nie naruszał ich spokoju, oni mieli oszczędzić mu nocnego zawodzenia, stukotów czy szumów - powiedziała Maria, archeolog z raciborskiego Muzeum.

Mateusz i Barbara stali nieruchomo i słuchali tej niesamowitej opowieści. Maria miała na karku kilkadziesiąt lat grzebania w ziemi i wiele cennych odkryć na koncie. Znała wielu ludzi. Schmidt był kiedyś stróżem w zakładach graficznych. Zajmowały one: starą fabrykę czekolady Preiss’a przy ul. Staszica i poklasztorny kompleks przy ul. Londzina.

- Przy Londzina była kartoniarnia. Kilka lat temu ją zlikwidowano. Stary Schmidt tego nie doczekał. Kiedy pod koniec lat 70. nadarzyła się okazja wyjechania do Niemiec, stróż z drukarni długo się nie zastanawiał. W Niemczech miał już syna i córkę. Był żołnierzem Wehrmachtu więc mógł liczyć tam na rentę. Tu zarabiał grosze, lata leciały a on wciąż siedział na portierni i wpatrywał się w telewizor albo czytał książki. Pamiętam, że najbardziej lubił te o wyprawach krzyżowych i zakonach.

Kiedy miał już 60 lat postanowił opuścić swój rodzinny Racibórz. Pojechał do dzieci w Norymberdze. Przez kilka lat przysyłał mi stamtąd listy. Pisał, że ma już dość wygód i chce wracać do Raciborza. Niestety nigdy już nie wrócił. Dostałam za to kartkę od jego córki Zofii, że zmarł - ciągnęła Maria.

- Takich Schmidtów niewielu już zostało. A szkoda, bo to cenne źródła informacji - dodał Mateusz.
- Portier Schmidt był wyjątkowy. Miał dobrą pamięć. Pamiętał przedwojenny Racibórz. Mógł dokładnie powiedzieć, gdzie i kto mieszkał. Znał wszystkie legendy i podania. Najbardziej lubił te zahaczające o świat zmarłych. To on powiedział mi, że pod kartoniarnią są lochy a w nich zamurowana ściana kryjąca wejście do krypty kościoła franciszkanów - oznajmiła Maria.

Wraz z Mateuszem i Barbarą stała przed XIX-wiecznym kamiennym posągiem św. Jana Nepomucena przy ul. Londzina i czekała na przyjazd konserwatora wojewódzkiego Majewskiego z Katowic. Był chłodny sierpniowy poranek. Niebo nad Raciborzem spowijała jeszcze mgła. Zapowiadała się jednak ładna pogoda. Majewski, kiedy wczoraj dzwonił do Barbary, był bardzo podekscytowany lochami franciszkańskiego konwentu. Pamiętał pełne przygód poszukiwanie przejścia pod Odrą i odkrywanie grobów książąt Mieszka i Władysława. Zapewniał, że ma już zgodę na wejście do lochów. Musiał ją załatwić u syndyka masy upadłych zakładów drukarskich, niejakiego pana Baryki. Dyrektor Kowal, który pomagał w szukaniu przejścia pod Odrą, teraz też obiecał podesłać robotników. Mieli przyjść około południa.

- Istnienie konwentów franciszkańskich w Raciborzu jest spowite aurą tajemniczości. Wiemy o nich niewiele. Pierwszy klasztor tego zgromadzenia powstał w 1491 roku na Bosaczu, obecnie część Ostroga. Zakonników sprowadził zapewne książę raciborski Jan I Młodszy, zmarły w 1493 roku. Wraz z żoną Magdaleną byli bardzo pobożni. Księżna Magdalena, jak zapewne pamiętacie, ufundowała, w 1495 roku, słynną raciborską kustodię czyli monstrancję, która zaginęła w 1945 roku. Ta fundacja franciszkańska nie była trwała. W 1519 roku klasztor i przylegający do niego kościół pod wezwaniem świętych Wacława i Jadwigi strawił pożar. Zakonnicy nie zdecydowali się już odbudowywać konwentu i z tej oto przyczyny nie było ich w Raciborzu aż do 1686 roku, kiedy to reformaci gliwiccy otrzymali zgodę cesarza na osiedlenie się w nadodrzańskim grodzie. Ich wybór padł na podmiejskie Bronki - opowiadał Mateusz.

- Zakonnicy z Gliwic osiedlili się także, o ile pamiętam, na Górze św. Anny? - zapytała Barbara.
- Masz rację. Reformacji gliwiccy pochodzili z polskiej prowincji zakonu. Warto byśmy mieli na uwadze, że franciszkanie, jako zgromadzenie, mieli wiele określeń. Jak zapewne wiecie, jest to najstarszy i najbardziej rozpowszechniony zakon żebraczy nazwany franciszkańskim od imienia swego założyciela św. Franciszka z Asyżu. Można jednak spotkać także określenia: fratres minores, minoryci, bracia mniejsi, bracia seraficcy, braci bosi, bracia szarzy oraz reformaci. Od braci bosych, którzy osiedli na obecnym Ostrogu wzięła się zapewne późniejsza nazwa Bosacz czy obecna ulica Bosacka.

Ale po kolei. Regułę zakonu zatwierdził papież Honoriusz w 1223 roku. Mimo to wśród minorytów zaznaczył się dość poważny spór. Jedni opowiadali się za bardzo surową regułą zakonną wskazującą na ubóstwo, drudzy chcieli większej swobody, głównie w wydatkowaniu pozyskanych pieniędzy na wzmożenie działalności. Pierwszych nazwano obserwantami i nosili brązowy habit, drugich konwentualnymi, którzy odziani byli w czarne szaty zakonne. Na początku XV wieku z obserwantów wyrósł nowy zakon zwany bernardynami. W XVI wieku, z kolei, obserwanci dali początek kapucynom i reformatom.

Do Polski zakon przyszedł w 1232 roku. Wówczas to w Krakowie założyli swój pierwszy klasztor. W 1248 roku pojawili się w Opolu. W sumie na ziemiach polskich zdołali założyć ponad sto konwentów. Najwięcej należało do bernardynów.

Reformaci, jak już wspomniałem, wyłonili się z ruchu obserwanckiego w XVI wieku. W Polsce swój klasztor założyli w Pińczowie. Stamtąd przenieśli się do Gliwic. Gliwicka rada miejska przekazała im teren pod budowę klasztoru i kościoła. Kompleks wybudowano w latach 1612-1614. W czasie potopu szwedzkiego reformaci z Gliwic udzielili schronienia wielu polskim zakonnikom. W 1655 roku, 22 braci z tego klasztoru, na zaproszenie hrabiego Melchiora Gaszyna, udało się na Górę Świętej Anny i założyło tam nowy konwent, dziś znane sanktuarium i miejsce pielgrzymek.
W 1686 roku reformaci gliwiccy otrzymali zgodę cesarza na osiedlenie się w Raciborzu, mimo że sprzeciwili się temu franciszkanie czescy i raciborscy dominikanie. W latach 1689-1692 reformaci zbudowali na Bronkach klasztor oraz drewnianą kaplicę. W latach 1697-1699 na miejscu kaplicy postawili murowany kościół pod wezwaniem św. Wacława i Aniołów Stróżów. Bronki stanowiły wówczas przedmieście Raciborza. Znajdowały się za bramą wielką, przy drodze do Starejwsi. Podzielone były na trzy części. Miejską zajmowały gospodarstwa rolne bogatych mieszczan. Folwarki te miały swoje nazwy, np.: Klejowiec, Budzów czy Markowice. Część zamkową zajmowały zagrody i pastwiska nad Odrą. Trzecią część wypełniał folwark dominikanów zamieszkany przez zagrodników i chałupników. Bronki zajmowały dość rozległy teren i przez to zwane były Przedmieściem Wielkim. Dziś to okolice ulic: Londzina, Stalmacha czy Reymonta - z krótkim wykładem historycznym wystąpił Mateusz.

Maria i Barbara wysłuchały go z zaciekawieniem, bo o raciborskich franciszkanach niewiele wiedziały. Sam Mateusz odczuwał duży niedosyt. Uważał, że raciborscy reformaci to temat dziewiczy, wymagający badań źródłowych. Kwerendę w archiwach postanowił sobie zostawić na później.

- W listopadzie 1810 roku bracia padli ofiarą pruskiej zachłanności - krótko dodała Barbara.

- Ale nadal są w Raciborzu. Swój klasztor mają teraz na Płoni - uzupełnił Mateusz.

Dyskusja mogłaby trwać o wiele dłużej, gdyby nie przyjazd konserwatora Majewskiego.

- Przepraszam za spóźnienie. Za Katowicami napotkałem mgłę. Musiałem zwolnić, co bardzo mniej zirytowało - wytłumaczył się katowicki urzędnik.

Z tylniego siedzenie swojego służbowego poloneza zabrał neseser. Otworzył go na kolanie i spod grubego pliku dokumentów i różnorakich papierzysk wyciągnął oświadczenie syndyka. Stróż w starej kartoniarni był uprzedzony o przybyciu grupy poszukiwaczy. Leniwie przechadzał się przed bramą nieczynnego zakładu.

- Dzień dobry. Pan Baryka zapewne uprzedził o naszym przyjeździe. Proszę oto jego zgoda na spenetrowanie piwnic - Majewski zmącił poranny spokój portiera.

- Dzień dobry. Cieszę się, że państwo już jesteście - odpowiedział stróż i szybko otworzył bramę.

Majewski, Maria, Barbara i Mateusz dumnie wkroczyli na teren starego klasztoru. Portier tymczasem doskoczył do Majewskiego i począł go zagadywać.

- Słyszałem, że w tych piwnicach straszy. Wie pan, taka legenda krąży w tej okolicy. Do piwnic nigdy nie schodziłem, bo się bałem. Na szczęście w budynku nie trzeba grzać to i do starej kotłowni nie trzeba schodzić. Mój poprzednik musiał jednak pilnować, by w piecu nie wygasło. Strach go zawsze oblatywał, jak miał iść do tych lochów. Zapraszał swoich kumpli na karty i razem z nimi szedł co kilka godzin dokładać węgla.

Nie zdążył za dużo powiedzieć, bo grupa odkrywców już wchodziła do budynku byłej kartoniarni. W niczym nie przypominał dawnego claustrum czyli domu zakonnego. Po sekularyzacji został on znacznie przebudowany. Przyklasztorny kościół rozebrano. O jego wyglądzie niewiele dziś wiadomo poza tym, że był to tzw. kościół salowy z wąskim, ale silnie wydzielonym prezbiterium zwieńczonym sygnaturką. Wedle starych dokumentów zbudowali go: mistrz murarski Giacomo Brascha z Włoch oraz Jerzy Wesper, cieśla z Opawy.

- Szkoda, że nie znamy dokładnego rozplanowania zabudowań klasztornych i kościoła. Będzie nam trudno szukać wejścia do krypt właściwie po omacku - smucił się Majewski.

- Mamy pewne wskazówki. W jednym z przedwojennych przewodników po Raciborzu mamy dość dokładne informacje, z których wynika, że na miejscu klasztoru i kościoła zorganizowano lazaret, później magazyn, a w latach 1819-1823 gimnazjum, które potem przeniosło się do byłego klasztoru dominikanek przy ul. Gimnazjalnej, obecnie Ekonomik. Na miejscu gimnazjum ponownie znalazł się tu lazaret garnizonu raciborskiego. Później umieszczono tu Państwowy Urząd Zaopatrzenia. Najciekawsza wzmianka brzmi jednak, że stojąca za murem granicznym statua św. Jana Nepomucena oznacza miejsce, w którym niegdyś znajdowało się wejście do kościoła św. Wacława i Aniołów Stróżów. W powojennych opracowaniach na temat architektury Raciborza w okresie baroku również wspominano, że fasada główna kościoła była zwrócona w stronę ulicy Londzina. Na rycinie z 1737 roku widać, że zabudowania klasztorne znajdowały się po stronie zachodniej. Budynek, w którym jesteśmy znajduje się więc prawdopodobnie na miejscu samego kościoła lub jakiejś przybudówki od strony wschodniej - oznajmił Mateusz.

- Oznacza to, że powinniśmy się posuwać na zachód - dodała Maria, z którą Mateusz wcześniej przeglądał stare przewodniki i kroniki.

Majewski był wyraźnie pocieszony. Cała czwórka stała w małym przedsionku za głównymi drzwiami. To tu zaczynało się zejście do piwnicy. Portier wysforował się do przodu, by zapalić światło. Na szczęście wszystkie żarówki były sprawne i w piwnicy było dość widno. Na dole okazało się, że zamiast w lochach wszyscy znajdowali się w dużej kotłowni. Na pierwszy rzut oka jej posadzka znajdowała się jakieś trzy metry od poziomu placu. Promienie słońca prawie wcale tu nie wpadały. Dostępu broniły im stare deski, którymi zatkano malutkie okna tuż przy sklepieniu.

Kotłownia dzieliła się na trzy duże pomieszczenia. Pierwsze, łączące się ze schodami na parter, wypełniał duży piec węglowy, pewnie jeszcze poniemiecki. Przez dość dużą szczelinę w ścianie południowej można było się dostać do sąsiedniego pomieszczenia, które było całkiem puste. Uwagę Mateusza zwróciły jednak dwie duże jasne plamy na ścianie południowej tegoż pomieszczenia, sugerujące, że znajdowały się tu niegdyś jakieś dwa przejścia.

Majewski był przekonany, że tylko za ścianą zachodnią kryje się sukces. Na dwie plamy nie zwrócił więc uwagi. Zresztą i sam Mateusz przestał się nimi interesować. Oczy wszystkich zwróciły się natomiast w stronę trzeciego pomieszczenia. Była to właściwie ogromna wnęka w ścianie zachodniej o około metr głębsza od pozostałych pomieszczeń. Trudno było tu cokolwiek dojrzeć. Ściany były dokumentnie czarne. Okazało się bowiem, że przez długie lata składowano tu węgiel.

- Musimy zbadać ścianę zachodnią tej wnęki. Jeśli kościół rzeczywiście stał na linii północ-południe i wejście do niego znajdowało się na wysokości statuy Nepomucena, to stąd powinniśmy się dostać do krypty pod prezbiterium - spekulował Majewski.

- Proponuję zadzwonić do dyrektora Kowala, żeby podesłał tu również jakieś urządzenie do oczyszczania tych ścian - przerwała te spekulacje Maria.

Majewski przyznał jej rację. Wyszedł na plac przed budynkiem i zadzwonił ze swojego “komórkowca” do dyrektora Kowala. Ten nie dał się długo prosić. Zapewnił, że z odpowiednim sprzętem i robotnikami zjawi się za około 20 minut.

- Sam jest ciekaw, co znajdziemy - zaśmiał się w duchu Majewski.

Kowal rzeczywiście nie kazał na siebie długo czekać. Pojawił się wraz z trzema robotnikami i maszyną do czyszczenia strumieniem wody pod dużym ciśnieniem. Robotnicy, którzy urządzenie to mieli obsługiwać, kazali wszystkim opuścić piwnicę. Sami założyli specjalne maski i przystąpili do roboty. Po chwili kotłownia wypełniła się szaro-siwą mgłą.

Po około pół godzinie nieprzyjemna węglowa mżawka opadła. Stary skład opału był teraz jasnoszary. Ściana zachodnia niczym szczególnym się nie wyróżniała. Była otynkowana tak jak każda inna. Teraz przyszedł czas na skuwanie tynku. Ta czynność zajęła robotnikom kolejne pół godziny. W efekcie odsłonili fragment ściany ceglanej o wysokości około dwóch metrów licząc od sklepienia piwnicy. W części dolnej zaczynał się pojawiać fundament ceglany, którego nawet najmocniejsze młoty pneumatyczne nie mogłyby o tak ruszyć.

- Przed nami wiekopomna chwila - zażartowała Maria.

- Oby ta wiekopomność nie obróciła się przeciwko nam. Jeśli nic nie znajdziemy, to przez długi czas musimy się liczyć z głupimi docinkami - odpowiedział Majewski.

Dyrektor Kowal nie czekał na jego sygnał. Sam kazał robotnikom wybijać otwór w ścianie. Robota szła opornie. Cegły i zaprawa dobrze trzymały, a pracować trzeba było na drabinie. Można się było spodziewać około metrowej ściany nośnej. Gdyby nie młoty pneumatyczne, to wybicie otworu zajęłoby dobrych kilkanaście godzin. Mimo to i tak zeszła kolejna godzina. W piwnicy, na szczęście, było chłodno. Na dworze przypiekało sierpniowe słoneczko. Nie było już tak parno jak w lipcu, ale dłuższe przebywanie w południe na dworze nie należało do przyjemności.

Po godzinie 13.00 robotnicy przebili wreszcie ścianę. Miała około 1,20 metra szerokości. Otwór przypominał na razie lej. Szeroki z przodu zwężał się w stronę południową. Dopiero po pół godzinie można było wsunąć się w otwór i zajrzeć do pomieszczenia, które - jak wszyscy wierzyli - za nim się kryło.

Odważną okazała się być Maria. Wgramoliła się po drabinie na krawędź otworu kończącego się po 1,2 metra małą na razie szczeliną. Do tej szczeliny Maria przyłożyła latarkę. Smuga światła wpadła do środka i zgubiła się gdzieś w ciemnościach. Dopiero gdy Marii udało się przyłożyć do otworu oko, ujrzała, że światło to pada na biało-szare ściany jakiegoś korytarza. Prowadził kilka metrów w kierunku zachodnim. Po chwili jednak Maria dojrzała, że korytarz, w miejscu, gdzie wpadało do niego światło latarki, właśnie skręca. Ta odnoga prowadziła w kierunku południowym.

(…)

Około godz. 16.00 w wąskim korytarzyku znajdowali się już: Maria, Mateusz, Barbara, Majewski, Kowal i dwóch robotników. Wszyscy założyli robotnicze uniformy. Na ustach mieli specjalne maseczki zabezpieczające przez różnymi drobnoustrojami, które znajdują się w starych lochach i kryptach. Wyglądali dość komicznie. Tak samo jak włamywacze do banków w amerykańskich filmach. Trzymali w rękach duże kolejarski latarki zasilane mocnymi akumulatorkami. Maria znów wysforowała się do przodu. Przeszła kilka metrów i zobaczyła przed sobą dość duże pomieszczenie. Przypominało trochę tanie japońskie hotele. W ścianach, na dwóch poziomach, znajdowało się dwudzieścia wnęk szerokich na niecały metr. Na podłożu z piasku leżały szkielety odziane w habity. Skrzyżowane na piersiach kości palców spajały różańce, których oczka wykonano zapewne z dębowego drewna. Aż dziw, że się nie rozpadły. W dwóch wnękach nie było ciał. Prawdopodobnie franciszkanie nie mieli już kogo tu pochować.

- Myślałem, że znajdziemy więcej pochówków. Ciała są już w stanie całkowitego rozpadu. Nie powinniśmy tu długo przebywać. Proponuję szybko wykonać zdjęcia i spenetrować pomieszczenia i korytarz - odezwał się Majewski.

Barbara przystąpiła do robienia zdjęć. Po blisko dwustu latach przerwy w krypcie znów zabłysło światło. Tym razem było to kilkadziesiąt błysków lampy fotograficznej.

- Franciszkanie, jak wynika ze starych kronik, mieli też swój przyklasztorny cmentarz. Tu zapewne spoczęli najstarsi bracia lub gwardianie. W XVIII wieku władze pruskie były wyczulone na sprawy sanitarne. Widmo epidemii i zakażeń wciąż zaglądało im w oczy. Zmusili chyba reformatów w Raciborzu, by zaprzestali grzebać zmarłych w tych katakumbach - analizował Mateusz.

- Wydaje mi się, że masz rację. Krypta pod prezbiterium była miejscem szczególnym. Sądzę, że spoczywają tu założyciele klasztoru. Mogło ich być właśnie osiemnastu. Potem braci grzebano na cmentarzu. W ścianie zachodniej, na końcu korytarza prowadzącego na wprost od wybitej przez robotników wnęki, znalazłam zamurowane wejście do krypty. Prowadziło prawdopodobnie z piwnic klasztoru. W sklepieniu powinniśmy więc znaleźć wejście z posadzki kościoła - dodała Maria.
Wiele się nie pomyliła. W sklepieniu na samym środku pomieszczenia widać było zamurowany otwór.

- Franciszkanie sami chyba zadbali, by nikt się tu nie dostał - pomyślał sobie Majewski.


WAW,30-12-2009
  :::  drukuj  :::  wyślij znajomemu  :::  
pigułka
pigułka
zapowiedzi
Portal www.goraciborz.pl wykorzystuje pliki cookies, czyli tzw "ciasteczka". W przypadku braku akceptacji korzystania z plików cookies prosimy o opuszczenie strony.
Zamknij