::: Cuda w historii Raciborszczyzny

Cuda, które dziś mogą nam się wydawać mało wiarygodne, dawniej umacniały wiarę i budowały prestiż miasta. Historia dowodzi, że siły niebiańskie szczególnie sobie upodobały Racibórz i okolice.
Cudowne były już prapoczątki ziemi raciborskiej porosłej w zamierzchłych czasach gęstymi borami, pełnymi zwierzyny i ptactwa. Przez tą przepiękną krainę snuła się powoli rzeka Odra, jeszcze wówczas błękitna i bogata w ryby. Na skromnej łódce rzeką podróżowali Jezus i św. Piotr. Z zachwytem przyglądali się okolicom nie mogąc się nadziwić pracowitości i gościnności tutejszej ludności. Jezus, który za dobro wynagradzał, postanowił pobłogosławić tej ziemi, by, na chwałę Boga, wydawała jeszcze lepsze plony. Stojąc na łódce rozłożył ręce, odmówił sakramentalną formułkę i gdy miał powiedzieć „Amen”, nagle komar ugryzł go pod prawą pachą. Jezus się zachwiał i całe błogosławieństwo spłynęło na lewy brzeg Odry. Od tego momentu te ziemie wydawały lepsze plony niż po przeciwległym brzegu. Tak też od dawna raciborzanie wytłumaczyli sobie różnice w bonitacji gleb wplątując w całą historię Jezusa i niepozornego komara krwiopijcę, który stał się nieopatrznie spiritus movens całego cudu.
Siły niebieskie pomogły też legendarnemu Raciborowi, rzekomo księciu odległego Pomorza, w obraniu sobie kotliny raciborskiej na swoją siedzibę. Racibor, zapalony myśliwy, tak zagonił się pewnego razu w gęste knieje, że zabłądził. Nie upolował żadnej zwierzyny i, co gorsza, musiał spędzić noc pod gwiaździstym niebem. Zatęsknił wówczas za swą jasnowłosą narzeczoną. Przepełniony strachem zdołał jednak zasnąć. Rankiem obudziło go świergotanie ptaków. Zerwał się i począł szukać kompanów. Ledwie uszedł kilka kroków ujrzał błękitną wstęgę rzeki. Rychło też podbiegli do niego woje z jego drużyny. Racibor potraktował cudowne uratowanie jako znak opatrzności bożej. W miejscu, w którym stał postanowił założyć gród. Powrócił na Pomorze, ożenił się z jasnowłosą pięknością, pożegnał rodziców i braci po czym znalazł się na powrót w miejscu wybawienia. Takie, jak chce legenda, były początki znamienitego dziś miasta Raciborza.
Podobnie było w Rudach. Tym razem w tamtejszych lasach, będących naonczas schronieniem szybkonogich saren, jeleni, olbrzymich turów, rosłych niedźwiedzi i dzików, zabłądził następca Racibora, książę opolsko-raciborski Władysław. Nic nie pomogły nawoływania i donośne wezwania towarzyszy odgrywane na myśliwskim rogu. Księciu, podobnie jak swemu poprzednikowi, przyszło przenocować pod drzewem. Gdy spał, we śnie ukazała mu się ojciec Benedykt, cysters z Jędrzejowa, który rzekł: Bóg bliskim jest tych, którzy go szukają. Dalej konary i wierzchołki dębów zawiązały się w sklepienie, z pni utworzyły się filary, w głębi cudownej budowli wzniósł się wspaniały ołtarz a ukojony wizją książę usłyszał chóralny śpiew zakonników. Rano obudził się na polanie ze źródełkiem, rychło przybiegli kompani i jego żona Eufemia. Władca bez namysłu uznał, że w tym miejscu powinien stanąć klasztor i kościół. Nie był jednak pewny co do lokalizacji świątyni. W sukurs znów przyszedł Pan Bóg. Wiat zerwał welon z głowy księżnej i zawiał do miejsca, gdzie z ziemi biło małe źródełko. Nie było już wątpliwości co do tego, gdzie zostanie zakopany kamień węgielny. Żeby nie było wątpliwości, że miejsce jest cudowne, bardzo szybko okazało się, że woda w źródełku ma moc uzdrawiania. Jak później dowiedziono rzeczywiście tak było, tyle że nie z powodu błogosławieństwa a dużej zawartości siarki, która przy niektórych schorzeniach ma właściwości lecznicze.
W cudowną moc czarów i modłów do pogańskich bożków wierzyli w średniowieczu mieszkańcy wiosek, oddalonych od tworzących się wówczas miast. Przekonuje nas o tym mnich Rudolf, prawdopodobnie cysters z Rud, który w swym XIII lub XIV-wiecznym „Podręczniku dobrej spowiedzi” zwanym też „Katalogiem magii Rudolfa” opisał większość guseł i wierzeń ludowych. Zaczął bardzo oryginalnie: Już Ewa, pierwsza matka, przekazała zarazek bałwochwalstwa, wsączony jej przez diabła pod postacią węża, swoim córkom, to znaczny głupim kobietom, które chcą więcej wiedzieć niż przystoi. Z tego chyba powód Rudolf uznał za coś niedorzecznego zabieg następujący: Z błony porodowej dziecka odgryzają trzy kawałki, które zamieniwszy w proch dają ojcu do pożywienia, aby kochał dziecko. Jest też w dziele mnicha trochę astrologii (Różnymi słowami zapytują księżyc i gwiazdy, chcąc podobnie jak Bóg znać przyszłość) wiedzy o średniowiecznych afrodyzjakach (trzy rybki wkładają, jedną do ust, drugą do piersi, a trzecią w drogi rodne, dopóki nie zdechną. Potem zamieniają je na proch i dają mężom swoim do pokarmu lub napoju) i środkach antykoncepcyjnych (Gdy siedzą albo leżą, kładą pod siebie kilka palców, wierzą mianowicie, że tyle lat nie zajdą w ciążę, ile palców pod siebie podłożą), opisu technik voo-doo (Inne, które mają się za mądrzejsze w tej szatańskiej sztuce, robią sobie figurki mężów to z wosku, to z ciasta, to z innego materiału i wrzucają je do ognia albo do mrowiska, aby kochankowie ich cierpieli) oraz innych recept na szczęście (Składają ofiary owym trzem siostrom, które poganie nazywają Clotho, Lachesis i Atropos, aby im użyczały bogactwa).
W miastach ludzie wierzyli jednak w cudowną moc Boga, Chrystusa, Matki Bożej bądź świętych. Chrześcijaństwo dominowało i nikt w ogóle nie dopuszczał do siebie myśli, że jakieś cudowne wydarzenie może mieć doczesne a nawet prozaiczne wytłumaczenie. Największym bohaterem średniowiecznego Raciborza był bez wątpienia św. Marceli - patron miasta. Marceli był papieżem, o którego życiu wiemy, niestety, niewiele. Pontyfikat sprawował w latach 306-308 po apostazji swego poprzednika Marcelina. Skończył fatalnie. Bezwględnym domaganiem się pokuty wzburzył przeciwko sobie większość wspólnot i jako mąciciel spokoju został wygnany z Rzymu. Nie wiadomo gdzie zmarł. Jakiś czas po śmierci, jego ciało sprowadzono na powrót do wiecznego miasta i pochowano na cmentarzu św. Pryscylii. Badacze dziejów papiestwa podejrzewają, że rządzący kolejno po sobie Marcelin i Marceli to jedna i ta sama osoba. Jakie może mieć to konsekwencje dla Raciborza, o tym w dalszej części.
Marceli wsławił się obroną miasta przed najazdem Tatarów. Legenda powiada, że mieszczanie - wycieńczeni długotrwałą obroną - stracili wszelką nadzieję w ocalenie. Kobiety z dziećmi modliły się gorliwie w kościele prosząc Boga o pomoc. Wiedziały bowiem, co spotkało ludność miast zajętych już przez dzikie, wschodnie hordy. Ratunek nadszedł. Pewnego ranka nad miastem, zza obłoków pokazał się św. Marceli papież z maczugą („palicą”) w ręku i taki wzbudził strach u Mongołów, że natychmiast pierzchli spod murów zostawiając swój tabor i rannych. Wdzięczni raciborzanie od tego czasu, co roku, 16 stycznia, odprawiali uroczyste procesje ku czci oswobodziciela.
Legendy, jak zawsze, trudno jednak umiejscowić w czasie. Historycy spierają się co do datowania najazdu Tatarów na Racibórz. Żadna data nie jest pewna. Wiadomo tylko, że starli się pod koniec marca z wojskami księcia opolsko-raciborskiego Mieszka Otyłego, gdzieś pod Raciborzem, w drodze pod Legnicę. Inna hipoteza mówi, że wojska tatarskie zawitały pod nasze miasto właśnie 16 stycznia czyli w dzień św. Marcelego. Według kolejnej, oblężenie miało miejsce w kwietniu, po klęsce legnickiej. Cudowną obroną zawdzięczalibyśmy wówczas Marcelinowi, bo tego jego święto obchodzi się w tym miesiącu. Dlaczego? Otóż obu papieży dość powszechnie w średniowieczu mylono. W XV w. Mracelina, jako apostatę, wykreślono z ksiąg kościelnych i to z tego okresu mamy pierwsze wzmianki i kulcie św. Marcelego. Być może zastąpił on poprzedniego patrona, który popadł w niełaski kościelnych hierarchów. Najnowsza hipoteza mówi, że genezy kultu należy szukać w 1290 r., podczas najazdu na miasto wojsk ruskich. Mówiący o tym dokument wyraźnie bowiem wspomina, że miasto ocalało dzięki jakiejś interwencji boskiej.
W cudownych objawieniach brylował przedostatni raciborski Piast Przemysł i jego córka Ofka, zwana też świątobliwą Eufemią. Według legend, książę zawdzięczał swe siły św. Stanisławowi, kultowej w średniowiecznej Polsce postaci, symbolowi męczeńskiej śmierci w walce z apodyktycznym władcą świeckim. Święty miał się objawiać Przemysłowi w snach. Jego postać nie była zresztą przypadkowa. W 1287 r. w Raciborzu pogodzili się walczący ze sobą biskup wrocławski Tomasz II i książę wrocławski Henryk IV. Przemysł udzielił biskupowi schronienia a ten, w dowód wdzięczności, ufundował na zamku kaplicę p.w. św. Tomasza z Cantenbury, angielskiego odpowiednika naszego biskupa Stanisława.
Niezwykłą wizjonerką była Ofka, od najwcześniejszych lat gorliwa w modlitwie i miłowaniu Pana. Pewnego dnia smutnym wzrokiem spoglądała ona z zamkowej baszty na budujący się na przeciwnym brzegu Odry klasztor sióstr dominikanek ufundowany przez jej ojca, ks. Przemysła. Wtem nad konwiktem ukazał się jej biały gołąb - symbol Ducha Świętego. Ciepły głos z oddali nakazał Eufemii wstąpić do konwentu. Tak też się stało. Przywdziała habit i spędziła resztę życia na modlitwie w murach klasztoru przy obecnej ul. Gimnazjalnej. Często miał się jej ukazywać Duch Święty. Zmarła w 1359 r. w opinii świętości. Z tego chyba powodu, jak chce legenda, po śmierci zaczęła czynić cuda. Zawsze gdy miastu groziło niebezpieczeństwo, z grobu Ofki wydobywał się dźwięk mocnych uderzeń. Gdy zaś zbliżała się śmierć jakiejś zakonnicy, słychać było tylko lekkie stukanie.
Swoje wspaniałe karty w dziejach raciborskich cudów zapisała także Matka Boska. W przypadku kościoła Matki Bożej przy ul. Magdaleny interweniowała aż trzy razy. Pierwszy raz w latach 30. XIV w., kiedy to raciborzanie szykowali się do obrony miasta przed taborytami - czeskimi heretykami wywodzącymi się z ruchu zapoczątkowanego przez Jana Husa. Zamknięto wszystkie bramy a przy drogach wylotowych rozstawiono straże. Przy drodze do Opawy, pod dębem w okolicach obecnej ul. Magdaleny, wartę pełnił pewien raciborski piekarz. Zdrzemnął się jednak biedak na noc, a rano był już skrępowany przez taboryckich żołdaków. Ci poczęli go torturować chcąc wydobyć informacje o systemie obronnym miasta. Wystraszony piekarz modlił się do Matki Bożej i to tak żarliwie, że w momencie, gdy miał już zawisnąć na dębie pojawił się nagle rycerz w srebrnej zbroi i ognistym mieczem. Uwolnił piekarza i nakazał mu powiadomić księcia o zbliżającej się armii husytów.
Kiedy niebezpieczeństwo zostało już oddalone, piekarz, jak wcześniej przysiągł, wybrał się do Częstochowy dziękować Maryi za ocalenie. Przywiózł stamtąd kopię wizerunku jasnogórskiego i powiesił na dębie, na którym miał zawisnąć. Codziennie później przychodził tu, by modlitwą oddać cześć Matce. Wieść rychło się rozniosła i dąb z obrazem stał się miejscem kultu dla wielu raciborzan. Pewnego razu w dalekich Węgrzech zachorował bogaty hrabia. Gdy konał, we śnie ukazała mu się biała, piękna dama i obiecała cudowne uzdrowienie jeśli ksiądz ze starowiejskiej parafii w dalekim Raciborzu odprawi pod dębem mszę. Żona hrabiego odnalazła nieznany jej wcześniej nadodrzański gród i uprosiła księdza, by zrobił, jak zaleciła biała dama. Tak też się stało i hrabia wyzdrowiał. Przyjechał szybko do Raciborza i postanowił wybudować w podzięce kościół. Na pobliskie wzgórze zwieziono budulec i już chciano stawiać konstrukcję, gdy nagle wszystkie bele stoczyły się na dół i zatrzymały przy dębie. Uznano to za znak i tu zbudowano świątynię. Cudowny obraz umieszczono w ołtarzu, który stoi ponoć na miejscu starego dębu.
Wielkimi cudami zasłynął też obraz Madonny Rudzkiej. Za cudowne uznano ocalenie z pożaru budującej się kaplicy, w której miał zawisnąć. Jak chce tradycja, obraz w 1228 r. podarowali cystersom z Jędrzejowa książęta opolsko-raciborscy Kazimierz i Władysław. Przed rokiem 1553 trafił do Rud. W 1935 r. odkryto na nim łaciński napis: Gdy nadejdzie ostatni, najsmutniejszy obraz śmierci i Bóg będzie czynić sprawiedliwość dla całej ludzkości, pamiętaj Matko Boża powściągnąć gniew, aby Ruda mogła korzystać z upragnionego pokoju.
Sądu ostatecznego jeszcze nie było a już Ruda doznała wielu łask. Do 1935 r. obraz był przesłonięty szybą, która cały czas była pęknięta. Jak to się stało? Ponoć przez tutejszych mnichów, którzy zaczęli wieść rozwiązłe życie. Gdy Matka Boża miała już tego dość, podczas nabożeństwa szyba pękła z wielkim hukiem a obraz powoli znikł. Mnisi stali w oszołomieniu, gdy nagle do klasztoru przybiegli zatrwożeni mieszkańcy Jankowic informując, że nad ich wsią, wśród chórów anielskich, unosi się Madonna coraz bardziej oddalając się od Rud. Zakonnicy natychmiast, w uroczystej procesji wznosząc błagalne modły do wszystkich świętych, udali się do Jankowic. Tam ujrzeli widok niezwykły, padli na kolana i prosili o przebaczenie. Gdy wrócili do Rud, obraz był na powrót w kościele. Pękniętą szybę co rusz wymieniano, ale zawsze na nowo pękała. Chyba na przestrogę.
W 1642 r. Matka Boska Rudzka udzieliła klasztorowi pomocy podczas wyniszczającej wojny 30-letniej. Kiedy wojska szwedzkie zbliżały się ku Rudom, przez co konwiktowi groziła nieuchronna zagłada, zakonnicy wznieśli do Matki gorące modły i następnie wyruszyli z jej wizerunkiem przed kościół. Matka nie dała się długo prosić i rozpostarła nad wioską ogromną chmurę. Zdezorientowani Szwedzi zgubili orientację po czym odeszli w innym, bezpiecznym kierunku.
Ma Racibórz swojego ducha szukającego przebaczenia za niegodne czyny. Należy on do kowala Paszka. Działo się to w XV w. Jako młody czeladnik, Paszek zakochał się w córce swojego mistrza kowalskiego. Był jednak za biedny, by pojąć ją za żonę. Zakochany wyruszył więc w szeroki świat mając nadzieję na zarobienie pieniędzy, dzięki którym będzie mógł ożenić się ze swoją wybranką. Nie zaszedł daleko. W pobliskiej Opawie natrafił na rynku na publiczną egzekucję okrutnego rozbójnika. Ten zanim zawisł na szubienicy wyznał, że w lesie pod Raciborzem ukrył ogromny skarb. Miejsce miały wskazać trzy duże dęby. Na jednym z nich rozbójnik umieścił podkowę. Prosił tego, kto odnajdzie kosztowności, by ufundował za nie kościół, wspomógł jak najliczniejszą rzeszę biednych a sobie pozostawił tylko tyle, ile będzie mu potrzebne na przyzwoite życie.
Paszek natychmiast wrócił do Raciborza, odnalazł dęby i wykopał skarb. Zamiast kościoła ufundował tylko kaplicę (jak chce legenda była to kaplica polska w kościele farnym), całkowicie zapominając o miejskiej biedocie. Nowobogacki poślubił córkę bogatego kowala i wybudował przepiękną kamienicę w narożu Rynku, w miejscu, gdzie dziś stoi Dom Handlowy „Bolko”. Żył długo i dostatnio ciesząc się szacunkiem raciborskich mieszczan. Gdy zmarł, zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Ludzie widywali ducha Paszka ze złożonymi do modlitwy rękami. Czasami widmo prosiło o kubek z wodą. Co niektórzy słyszeli ponoć jak prosiło: Ja oszukałem skazańca. Módlcie się za moją biedną duszę. Zjawa widziana była jeszcze w poł. XIX w.
Swój renesans, po powodzi z 1997 r., przeżywa Kolumna Maryjna na Rynku, stojąca tu od 1727 r. jako wotum za cudowne - a jakże - ocalenie Raciborza przed zarazą. Stara legenda ostrzega od tego czasu, że kopanie wokół cokołu grozi miastu zalaniem. Jak w nią nie wierzyć, skoro ostatnią powódź poprzedziły wykopaliska wokół Kolumny. Nic też ponoć nie jest w stanie ją ruszyć. Przykładem jest ostatnia wojna. Prawie wszystko wokoło legło w gruzach. Tylko Matka Boska ze świętymi: Marcelim, Florianem i Sebastianem wyniośle przyglądali się zgliszczom.
Opisów zdarzeń cudownych, legend i starodawnych wierzeń historia Raciborszczyzny ma jeszcze wiele. A to w jakiejś wiosce zapadł się pod ziemię jakiś zamek, gdzie indziej znowu klasztor. To jakiś duch błąka się po opustoszałych komnatach wypalonego pałacu. To znowu czarownice urządzały w wzgórzach swe sabaty a złośliwe utopce wiodły pijaków po ciemnych lasach. Ludzie żywo rozprawiali o tym w wolnych chwilach. Podania i legendy żyły. Dziś mają niewiele szans w starciu z Archiwum X, umięśnionym zabijaką, inwazją kosmitów lub powrotem żywych trupów. A szkoda.
G. Wawoczny
WAW,20-04-2010





