Racibórz
::: Skrytka pastora

Pastor, kiedy dowiedział się, gdzie należy szukać bunkra, podziękował leśniczemu za informację i odszedł. Przez kilka dni nikt z mieszkańców leśniczówki nie zaprzątał sobie głowy jego wizytą. Kiedy jednak po pewnym czasie leśniczy postanowił odwiedzić to miejsce, ku jego zdumieniu w betonowej podłodze zobaczył odsłoniętą skrytkę.

Las miejski Obora, obecnie ogród botaniczny Arboretum Bramy Morawskiej, kryje w sobie wiele nierozwikłanych do dziś tajemnic. Związane są z pustelnikiem, domem diabła, czarnym psem, zapadłą karczmą i skarbem niemieckiego pastora. Las więc bardzo hojnie obdarowano legendami i ciekawymi pamiątkami po I i II wojnie światowej. W niedostępnej gęstwinie kryją się bunkry i skrytki przemytników. Zacznijmy jednak od wspomnianego pastora. W tej historii faktów jest najwięcej.

Powrót żołnierza Wehrmachtu

W latach 80. u leśniczego pojawił się starszy siwy człowiek z żoną. Przedstawił się jako ewangelicki pastor zamieszkujący wówczas w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Wyznał, że w 1945 r. walczył w Raciborzu jako żołnierz Wehrmachtu. Pytał o bunkier, który miał się znajdować w młodym lesie pomiędzy linią kolejową Racibórz-Markowice a wałem kanału Ulgi.

Leśniczy przyznał, że rzeczywiście w lesie tym znajduje się murowany bunkier nakryty niegdyś betonowymi płytami. Miejscowi nazywają ten teren „Kipą”. Stanowi lekkie wzniesienie powstałe w czasie budowy Ulgi, zakończonej w 1942 r. Niemcy zwozili tu ziemię z drążonego koryta tzw. nowej Odry. Pod koniec wojny, kiedy od strony Rybnika już w styczniu 1945 r. zbliżała się Armia Czerwona, umiejscowiono tu baterie przeciwlotnicze. W bunkrze znajdował się prawdopodobnie punkt dowodzenia. Same działa stały tuż obok. Do dziś pozostały po nich głębokie leje oraz ciąg okopów, którymi przemieszczali się żołnierze.

Pastor, kiedy dowiedział się, gdzie należy szukać bunkra, podziękował leśniczemu za informację i odszedł. Przez kilka dni nikt z mieszkańców leśniczówki nie zaprzątał sobie głowy jego wizytą. Kiedy jednak po pewnym czasie leśniczy postanowił odwiedzić to miejsce, ku jego zdumieniu w betonowej podłodze zobaczył odsłoniętą skrytkę. Nikt wcześniej nie sądził, że może się tu znajdować. Jej nakrycie pokrywała cienka warstwa zaprawy murarskiej zlewającą się z wylewką podłogi.

Niestety nie wiadomo, co tam się znajdowało. Wiele jednak wskazuje na to, że ukrył tu coś ów pastor, były żołnierz broniący Raciborza przed Rosjanami. Czy były to jakieś kosztowności, może broń, plany, albo po prostu rzeczy osobiste będące cenną pamiątką dla tajemniczego duchownego? Tego już się chyba nie dowiemy.

Bunkier, jak i wiele innych reliktów ostatniej wojny, można oglądać w Oborze do dziś. Bardzo łatwo do niego trafić. Od parkingu trzeba iść drogą wzdłuż linii kolejowej i skręcić w drugą z kolei dróżkę prowadzącą do lasku na „Kipie”. Po kilkudziesięciu metrach trzeba odbić w lewo. Niedaleko od dróżki natrafimy na bunkier.

Idąc od parkingu do restauracji „Jubilatka” warto skręcić w pierwszą drogę w prawo prowadzącą w kierunku Dębicza wzdłuż torów. Po raptem dwustu metrach natrafimy na grób lotnika francuskiego, który walcząc u boku Armii Czerwonej zginął zestrzelony nad Raciborzem w 1945 r. Nad grobem, jeszcze do 1981 r., w skarpie znajdowała się wbita w ziemię połowa myśliwca. Dopiero w tymże roku, kiedy ziemia się osunęła odkrywając wrak maszyny, wojsko zabrało uzbrojenie samolotu. Silnik długo leżał przy leśniczówce aż w końcu też upomniała się o niego armia.

Na granicy Obory z Kobylą natrafić można na resztki niemieckich okopów z II wojny światowej. Przez jakiś czas biegła tędy linia frontu, na której Niemcy w lutym 1945 r. odparli pierwszy atak Rosjan na Racibórz. Zaraz po I wojnie światowej swoje okopy mieli tu także powstańcy śląscy. Po podziale Śląska wskutek plebiscytu na wschodnim krańcu lasu biegła granica. Wzdłuż niej znajdowały się skrytki przemytników. Niektóre, mocno już zarośnięte, można jeszcze wypatrzyć w gęstwinie.

Tajemnice lasu Obora

Obora to dawny las książęcy podarowany mieszczanom raciborskim w 1931 r. przez księcia Wiktora III. Cały kompleks – w większości siedlisko lasu mieszanego – usytuowany jest na pagórkowatym terenie. Zajmuje około 150 ha. Jest niezwykle bogaty w okazy flory. Znajdują się tu trzy skupiska kurhanów. Interesowano się nimi już przed wojną. Dwa skupiska znajdują się w lesie, jedno na jego skraju w pobliżu Markowic. W 1961 r. badania w Oborze rozpoczęła ekipa Katedry Archeologii Polski Uniwersytetu Jagiellońskiego. Potem kontynuowało je raciborskie Muzeum. Wykopaliska prowadzono w trzech kurhanach o średnicy od 4,6 do 6,5 metra i wysokości od 60 do 85 cm. W jednym z nich znaleziono kości i fragmenty ceramiki, z których udało się zrekonstruować trzy naczynia, wszystkie z ornamentyką. Cmentarzysko datowano na okres od przełomu V/VI do VIII w.

Przy krańcu lasu od strony Markowic, tuż przy drodze do mini zoo zaczynającej się na wysokości przejazdu kolejowego i tzw. małego stawu, znajduje się potok biorący swój początek raptem kilkaset metrów dalej. To w tym miejscu znajdowała się studnia, która zaopatrywała w wodę - płynącą drewnianym rurociągiem – tzw. rorkastlę na raciborskim Rynku i książęcy browar warzący z niej świetnego pilznera, słynnego we wszystkich śląskich karczmach. Idąc wzdłuż cieku możemy natrafić na resztki studni.

Według legendy spisanej przez Jerzego Hyckla, przy źródle tym pokazywał się dawniej duży czarny pies. Siedział jak strażnik, a kiedy ktoś do niego się zbliżał, wtedy otwierał paszczę i pluł ogniem. Najstraszniejsze ponoć było jednak jego wycie, które można było usłyszeć nawet w Raciborzu. W żaden sposób nie udało się go przepędzić. Myślano, że to duch i pomoże procesja. Po okolicy wciąż rozlegało się przerażające wycie. Mieszkańcy bardzo się bali. Kiedy wydawało się, że nie ma już ratunku, pzypomniano sobie o starym mężczyźnie z Raciborza, który za życia chodził do kościoła i uczestniczył w każdym kazaniu. Zawsze skromnie stał w ciemnym rogu za kolumną. Każde Słowo Boże zostawało w jego sercu i znał je tak dobrze jak każdy ksiądz. A ponieważ nie mógł iść do Obory na piechotę, bo droga była za daleka, posadzono go na nosze i zaniesiono do lasu. Kiedy pies zobaczył tego człowieka, odszedł od źródła. Wtedy starzec podszedł do wody i napił się jej. W tym samym momencie pies zniknął. Radośnie zanieśli go ludzie do Raciborza, ale kiedy doszli do miasta, mężczyzna umarł – pisze Hyckel.

Według innej spisanej przez niego legendy, w Oborze zapadła się kiedyś karczma. Było to w pobliżu dużego źródła, które otoczały bagna. Miejscowa ludność nazwała to miejsce Karczmisko. Stał tu kiedyś chętnie odwiedzany zajazd. Jego gospodarz, łasy na jak największy zarobek, postanowił urządzać hulanki i tańce nawet w niedzielne poranki, nie patrząc na napomnienia ze strony Kościoła. Porządni ludzie stronili od tego miejsca, ale znaleźli się i tacy, którzy zawsze byli skorzy do zabawy. Pewnego razu, a było to w Wniebowstąpienie Pańskie, kiedy dzwony wzywały ludzi do kościoła, w tej karczmie na dobre trwały harce i nikt z jej uczestników nawet nie myślał, by uczestniczyć we mszy św. I wtedy stało się coś strasznego. Karczma, a wraz z nią rozśpiewani i rozbawieni ludzie, z hukiem zapadli się pod ziemię. Na miejscu karczmy jest dzisiaj głębokie bagno – czytamy u Hyckla.

Z legendą o karczmie kontrastuje przekaz o pustelniku. Jego pustelnia znajdowała się w najgęstszym lesie. Ponoć każdego dnia chodził pieszo do Hulczyna na nabożeństwo. Wieczorami polecał Bożej opiece Racibórz, a jego nocne pozdrowienie „dobranoc”, które wykrzykiwał w stronę miasta przez tubę, można było usłyszeć w spokojne dni aż na rynku. Co ciekawe, miał ponoć wyćwiczonego psa, który przynosił mu wszystko, czego potrzebował. Karteczkę z zapisanymi życzeniami pies nosił w chustce na szyi. Raz przyszedł na plebanię i zaczął skamleć. Skojarzano, że musiało się stać coś złego, bo od trzech dni nikt już pustelnika nie widział. Do lasu natychmiast posłano parobka. Ten znalazł nieżywego starca leżącego w trumnie.

Na koniec o diabelskim domu z Lukasyny, położonej tuż za lasem Obora przy drodze do Brzezia. Żył tu ponoć kiedyś lichwiarz, który zawarł pakt z diabłem. Zapewniło mu to za życia niezwykłe bogactwo. Biedni ludzie pożyczali u niego pieniądze na wysoki procent, a kiedy nie mieli z czego zwrócić, wówczas ów lichwiarz męczył ich okrutnie. Ciemiężeni dłużnicy postanowili ukarać znienawidzonego diabelskiego sługę. Poszli pod jego dom i tak długo rzucali kamieniami w mur aż się rozpadły. Wtedy do akcji wkraczał diabeł. Wzniecał tumany kurzu, z którego po opadnięciu, jak nowy wyłaniał się dom lichwiarza.

Grzegorz Wawoczny


WAW,04-08-2008
  :::  drukuj  :::  wyślij znajomemu  :::  
pigułka
pigułka
zapowiedzi
Klauzula informacyjna RODO - polityka prywatności.
Ta witryna internetowa wykorzystuje technologię plików cookie (tzw. "ciasteczek") w celu: administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług, w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). W tym przypadku, cookie przechowuje informację o unikalnym identyfikatorze sesji. "Ciasteczka" nie przechowują danych prywatnych dotyczących użytkownika, takich jak: imię, nazwisko, hasło, lokalizacja lub adres IP. Zamykając poniższe okienko, automatycznie wyrażasz zgodę na wysyłanie cookies do Twojej przeglądarki. Wtedy też, okienko z tą informacją nie będzie pojawiać się ponownie. Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies.
Przejdź do serwisu